Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślając. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmyślając. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2009

Życzenia Noworoczne



...zwykle są bardziej obfite, niż ten Nowy Rok może unieść, ale przede wszystkim chciałam Wam Wszystkim, odwiedzającym moją skromną stronę, podziękować za Stary Rok, który jak śpiewał Seweryn Krajewski, był po prostu rokiem dobrym. Wiele się wydarzyło, pojawiło się parę ciekawych osób w moim życiu, a za sprawą jednej nawet powróciłam do zapomnianego bloga i jestem tutaj do dzisiaj. Wam dziękuję szczególnie, za obecność, ciepłe słowa i potwierdzenie tym samym, że to co robię ma sens, nie tylko dla mnie. Natomiast w tym, owianym jeszcze tajemnicą, Nowym Roku życzę Wam satysfakcji z tego, co robicie, realizacji własnych pasji, dzięki którym powstają świetne teksty, które uwielbiam czytać; życzę Wam wiary w siebie, odwagi i otwartości na świat, wielu przychylnych ludzi i odporności na krytykę, której jesteśmy poddawani co dzień. Życzę radości z każdego dnia i odnalezienia własnej drogi, a tym którzy ją odkryli - najmniej zakrętów. I niech się stanie (kto wie może już jutro).

Fot. radzido, http://swiatnaszkolorowy.blox.pl

piątek, 18 grudnia 2009

Mechanika


Przeczytałam ostatnio na blogu mojego dobrego kolegi pewną refleksję, która dała mi wiele do myślenia. Co prawda wiedziałam, że tak jest, że poruszył on jedynie jedną z obiektywnych prawd, a jednak mimo to boli. Mianowicie istnieją ludzie, którzy są nam z jakiś powodów bardzo bliscy, którzy nas napędzają i czasami nawet nie umiemy sprecyzować co i jak wiele nam dali, ale wiemy, że dzięki nim jesteśmy bogatsi i zupełnie inaczej patrzymy na otaczający nas świat. Przychodzi jednak taki moment, że musimy się z nimi rozstać, mimo, iż bardzo tego nie chcemy, bo albo oni sami nas odrzucają, albo wiemy, że taki obrót spraw będzie najkorzystniejszy dla obu stron lub chociażby tylko dla tej drugiej osoby. I ta siła napędowa słabnie, aż w końcu znika zupełnie. Po jakimś czasie ci ludzie, tak kiedyś ważni po prostu w nas gasną, a pojawiają się  nowi, którzy dają nam inną energię i otwierają na inny horyzont. Jest to proces nieunikniony i konieczny, bowiem nie da się w życiu ocalić wszystkiego, zawsze jest wybór i coś za coś. Jednak dla mnie to miejsce już na zawsze zostaje puste i niczego nie odczuwam bardziej niż braku właśnie. Piszę o tym, bo właśnie teraz znalazłam się w podobnej sytuacji. Jakiś czas temu poznałam osobę, która w niesamowity sposób na mnie wpłynęła i zmieniła. Tak jakoś jest, że znajdując się w całkiem nowym środowisku szukam autorytetu, niekoniecznie w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale osoby, która będzie mnie ciągnąć wzwyż, która ma osobowość i kawałek magii w sobie. Taką osobę znalazłam parę miesięcy temu i chociaż mnie z nią łączyło dużo i wniknęła we mnie podskórnie jak chyba nikt wcześniej, tak ją ze mną scalało tylko to miejsce w którym się razem znalazłyśmy. Nic więcej, konieczność połączona z uprzejmością wzajemnych relacji. A teraz nadszedł czas na zmianę miejsca i co za tym idzie pożegnanie. I z jednej strony jest to przepaść a z tej drugiej po prostu łagodne przejcie do innej rzeczywistości beze mnie. Przygotowywałam się na tę chwilę długo, a jednak jest ona trudna, bo nie umiem się pogodzić z utlenianiem się istotnych chwil, które wciąż mocno we mnie pulsują. Nie można nikogo zmusić do tego, by był blisko, bo tak sobie to wymyśliliśmy, poukładaliśmy i tego chcemy, akcentując nasze żądanie dziecinnym tupnięciem nogą, ale jednocześnie w  takich momentach najbardziej żałuję, że dzieciństwo już minęło bezpowrotnie i trzeba się mierzyć z dojrzałością, która czasami nas przerasta.

Fot. Ruwa

piątek, 11 grudnia 2009

N I C



Nie mam Ci nic do powiedzenia. Zawsze bałam się tych słów. Niby wszystko jest jak dawniej, lubię Cię jak wczoraj, może nawet jak zawsze. Nadal chodzimy inaczej, Ty szybciej, ja staram się nadążyć, nasze oddechy współgrają ze sobą, idą obok i oprócz nich nie ma nic. Słowa grzęzną, gubią się, roztapiają na końcu języka. Może powiedziałam za dużo, może za szybko. Myśl przegrała z pamięcią, a ta się nigdy nie poddaje. Doszłam do końca, Ty idziesz dalej, mimo że koniec masz za sobą. Ja jeszcze muszę poczekać, by potem nie czekać już nigdy więcej.

Obraz: Stefan Centomirski Sybirak, Milczenie.

wtorek, 27 października 2009

"Sefer"


Tym razem będzie o powieści Ewy Lipskiej. Do przeczytania zachęciły mnie, przekornie, mało pochlebne recenzje tej książki oraz spokój poetki podczas dyskusji, który jednoznacznie wskazywał na świadomość napisania wartościowej książki. Nie wiem na ile takie odczucie sprawdza się w przypadku wypuszczonych spod własnego pióra zdań, bo z pewnością daleko mu do obiektywizmu, ale zwykle jesteśmy w stanie przecież na siebie spojrzeć krytycznie.
Szczerze to zamieszanie wokół Sefera przypomina mi premierę filmu Źródło Aronofskiego i zalew niepochlebnych recenzji bez wgłebienia się w istotę obrazu, który w rzeczywistości jest genialny.
Raczej nie piszę o książkach, bo jestem zdania, że książki trzeba czytać przede wszystkim, ale tej akurat należy poświęcić chwilę, a może nawet więcej.
Sefer mnie urzekł. Biorąc pod uwagę, że autorka jest poetką i to w dodatku niezłą poetką, nie spodziewałam się w żadnym wypadku klasycznej fabuły, która bądź co bądź powinna gdzieś czytelnika doprowadzić. Tutaj wszystko jest fragmentaryczne, porwane, niekompletne. Tak jak czysty proces myślowy każdego człowieka, którego rejestracją jest właśnie ta powieść. Nikt z nas nie ma w głowie poukładanych szufladek, często myśli się przenikają, gonią, przepychają i Lipska próbuje za tym chaosem nadążyć i jeszcze go zapisać. Z bardzo dobrym skutkiem, jak sądzę. Widzę w tej powieści Joyce'owski strumień świadomości oraz schulzowską kompozycję szkatułkową, gdzie jedno skojarzenie pociąga za sobą kolejne, co w konsekwencji tworzy ciąg zdarzeń, walcujących w czasie i odkrywających istotę bohatera.
A główny bohater - Sefer - nie ma twarzy. Czyli jest każdym - mną, Tobą, kawałkiem jego. Na okładce powabny melonik osadza się na barczystych ramionach. W postać wpisane są: fajka, kieliszek, ptak i klucz. Te dwa pierwsze elementy to przyjemność i uspokojenie; ptak - coś co uskrzydla...Sefera uskrzydlają słowa, to na pewno, poza tym ludzie, którzy są jego papierkiem lakmusowym i dzięki którym możemy go poznać. Jest też klucz, do szyfru, który każdy musi znaleźć sam. I jest pewność, że takowy szyfr istnieje, co podkreśla jedna z uczestniczek rozmowy. Sefer to przecież też księga, którą każdy z nas jest. I być może właśnie dlatego cztery najważniejsze elementy zostały wyryte na torsie postaci, niczym dekalog na kamiennych tablicach.
Oczywiście jest też tło - Wiedeń i Kraków zdegradowany z magicznego do zwykłego miasta, poprzez uwypuklenie krzywych chodników czy przecenionych zajączków na wystawie Rosenthala, zamiast chociażby ekskluzywnej zastawy.  I dobrze, bo każde miasto ma swoją ciemną stronę. Zapewne porównanie do Ulicy Krokodyli, jest tutaj nadużyciem, ale wędrówka bohatera od razu nasunęła mi to skojarzenie. Ale już sama podróż w głąb miasta i samego siebie - istnie schulzowska.
Dla mnie Sefer, to powieść frazowana, której siłą jest poezja, a ramą proza. Kompromis, którego poszukiwał Miłosz, tutaj się odnalazł i rozgościł. I tylko w takiej formie genialne sformułowania jak: Trudno w miejscu gdzie nie ma słów, stworzyć zdanie; czy rozmowa na poczcie: - Nie nudzi pani ta praca - zapytał listonosz, - Nie, dlaczego? Codziennie przecież inna data - mają rację bytu. Na pewno nie da się wobec tej pozycji przejść obojętnie, we mnie nadal ona dojrzewa, jak każde poetyckie spojrzenie Ewy Lipskiej na to co już znane, a przecież wciąż nie dopowiedziane.

poniedziałek, 19 października 2009

Afryka

(fot. National Geographic)

- W tobie płynie afrykańska krew- powiedziała mi kiedyś Magda.
- A to czemu? -zapytałam.
- Bo ty zawsze masz czas...
***
To prawda. Mam w sobie Afrykę. Ona we mnie pulsuje i dojrzewa. Mam w sobie smaganą zdyszanym wiatrem sawannę, głodne hieny przemierzające mile z instynktem na czubku języka, dzieci czepiające się turystów jak matek, których dawno nie widziały; chłodną noc i oparzone południe pozostawiające czerwone opatrunki na skórze...Mam brak wody i radość odnalezionego źródła. Mam wreszcie siebie, bo tam ja jestem najważniejsza.
***
W świecie fascynuje mnie wszystko, co pierwsze. Chłonę ludzi, którzy nie znają swojego odbicia i na zdjęciu pierwszy raz widzą siebie, i nie mogą uwierzyć, i nie wierzą. Tych, co z puszki po Coca-Coli robią naszyjnik, bo do czego innego mogłaby służyć? Ludzi, którym potrzebna jest jedynie świadomość dnia i nocy, bo czas jest zawsze, dla każdego, na wszystko. I jeśli tylko oprócz tej wiedzy mają śniadanie na jutro, są szczęśliwi i mówią o tym otwarcie. Chciałabym chociaż raz zanurzyć się w tej rzeczywistości i zobaczyć jak bardzo się różnimy i jak mocno można zapomnieć siebie, mimo rozpoznania w każdym napotkanym lustrze świata.
***
Dzisiaj zorientowałam się, iż posiadam też pierwiastek islandzki, bo wierzę w elfy i ta wiara mnie upoważnia do małej, prywatnej przynależności do kultury islandzkiej. A wierzę, nawet jak elfy same w siebie nie wierzą i pomimo ich niewiary we mnie.

środa, 16 września 2009

Fikcja

Dzisiaj przyszło mi do głowy, że w pisaniu najgorsze jest przywiązywanie do światów, które stwarzam. W moich opowieściach są oswojone miejsca; dobre lub złe telefony, ale tylko takie nad którymi mam pełną kontrolę; liście spadają wprost pod moje stopy i kot, akurat szary, przecina drogę. Ludzie, którzy nie chcą ze mną rozmawiać, tutaj nagle mają dla mnie czas. Dużo czasu. Poznaję ich, lubię i oni mnie lubią, ale kiedy spotykam ich nagle w sklepie i przestają być tylko szkicem na papierze i nawet najpiękniejszą historią, dociera do mnie, że to nigdy nie była opowieść o nich, tylko o mnie. To chyba jest właśnie fikcja literacka.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Kożuch

Dzisiaj przeczytałam na jednym z blogów, iż "osoba, która lubi kożuch ( z mleka - przyp. M.) jest prawdopodobnie obrzydliwa wewnętrznie". Dało mi to do myślenia i nie tylko z powodu sympatii do wspomnianego kożucha, ale sama zależność mnie zastanowiła. To samo należałoby wszak pomyśleć o młodych wróblach czy szpakach, które z apetytem zjadają dżdżownice i inne dobrodziejstwa, które pielęgnuje w sobie ziemia. A pozostałe zwierzęta żywiące się padliną, a muchy przesiadujące na śmietnikach? Nie wspomnę o kuchni egzotycznej, gdzie smażone świerszcze czy żuki są nie lada przysmakiem. Jestem tym, co jem. Brzmi dobrze, ale mnie nie przekonuje. Aczkolwiek przyznaję się do błędów i wielu przykrości, które sprawiłam innym, nie sądzę jednak, aby kożuch z mleka Łaciate miał na to szczególny wpływ, wówczas wystarczyłoby przecież go nie jeść, a dusza piękniałaby z dnia na dzień. Krótka refleksja przy porannej kawie z mlekiem. Tym razem bez kożucha.

sobota, 29 sierpnia 2009

Piekło

Wczoraj miałam dziwny dzień. Dzień całkowitej niemocy połączonej z chęcią zrobienia czegokolwiek. Próbowałam czytać - dobrnęłam do końca strony, pisać - słowa się nie składały, nawet muzyka przepływała jakoś obok mnie. Nie lubię takich chwil, bo odnoszę wrażenie marnowania czasu przy dużym zapasie energii, która mnie rozsadza od wewnątrz. Myślę, że ostatni krąg piekła zamieszkują ci, którzy zmarnowali życie. Nie mordercy, złodzieje czy cynicy (chociaż i ci mogą tam trafić), ale właśnie tacy ludzie, którzy świadomie zablokowali się na świat. A, że jestem przekonana, iż każdy będzie miał swoje indywidualne piekiełko, to ostatni krąg będzie najpiękniejszym obliczem świata, jakie może się ukazać. Będzie wabić urodą i jednocześnie manifestować swoją niedostępność. Góry z tak stromymi zboczami, że wspinaczka okazuje się niemożliwą; jezioro, które po zbliżeniu się - zamiera i zwierzęta nie dające sie karmić. Za obojętność odpłaca się obojętnością. A nie ma gorszej ignorancji, niż tkwić w przeświadczeniu szczęścia i nie dostrzec jaskółki przelatującej nad głową.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Szeptem...

...bo tak się nie kłamie.
Czytam "Białe zeszyty" Sonii Reduńskiej, książkę zdefiniowaną jako dziennik intymny. To dla mnie złe określenie. Intymny brzmi cicho, delikatnie, a te zapiski są jakby wywróceniem człowieka podszewką do góry, gdzie wszystkie mięśnie, nerwy i serce przede wszystkim, które przez skórę są ledwo słyszalne, tu krzyczą rozdzierająco. Trudna książka, przede wszystkim dla samej autorki, bo takie pisanie musi boleć. Tytuł zaczerpnięty z Osieckiej i piosenki "Oczy tej małej". Te oczy smutne, niekochane, zaniedbane patrzą przez każde słowo dziennika.
Ujęło mnie zdanie: "Zdarza mi się chcieć stąd zwiać. Z drugiej jednak strony - nigdzie nie czuję się tak jak przy tym człowieku". Przypomniała mi się Elf, bo przy niej mam podobne odczucie. I niczym bohater jednej z "Opowieści chłodnego morza"P. Huelle, który pod wpływem tajemniczej kobiety w chuście wrócił do malowania (Huelle określił to jako powrót "do siebie"), ja dzięki Elf wróciłam do pisania. Po prostu napisałam o niej i nie wiedziałam, że od niej do świata jest tak blisko. W każdym razie wiem, że tu jest moje miejsce. Nie mam co prawda specjalnego warsztatu, ale posiadam coś na kształt "trzeciego oka", którym szczegółowiej rejestruję rzeczywistość i wiem, że muszę to wykorzystać. Czuję też pierwszy raz , że mogłabym się przed kimś całkiem otworzyć. Nie dlatego, że Elf chce słuchać, ale dlatego, że ja chcę mówić. Ale o tym Jej nie powiem. Nieustannie wracają do mnie słowa Łozińskiego, iż ludzie o których pisze go nie rozumieją. Nie wiem na ile takie przeczucie jest powszechne, ale do mnie pasuje. Ja też czasami Elf nie rozumiem. Wydaje mi się małostkowa w swoim wypominaniu komuś nowej sukienki czy w zazdrości o spojrzenie mężczyzny, które nie jest skierowane na Nią. Ale z drugiej strony moje rozczulanie się nad bocianem też pewnie Jej się takie wydaje, więc chyba nie ma sensu rozwodzenie się nad słowami, których znaczenie i tak każdy dopasowuje do siebie.
Brakuje mi Jej, tak jak brakuje mi długo nie widzianych przyjaciół, czy bliskich znajomych. Może nawet brakuje bardziej, bo w przypadku tych pierwszych i drugich mam wewnętrznie poukładaną ich obecność; wiem, że są. Czuję, że jeden z ważnych elementów mojego świata odpadł ze ściany i rozbił się na kawałki. Gdzie Indziej jest trudne i niewygodne. Nie podoba mi się Gdzie Indziej.

środa, 19 sierpnia 2009

Choroba

Choroba to bezkarne zanurzenie się w bezczasie. Przejście na drugą stronę lustra, gdzie znowu można być małym i nic nie chcieć. Nie ma dzisiaj i jutro, dzień bez konsekwencji staje się nocą i odwrotnie i nikt nie ma za złe, że po raz dziewiąty ta sama płyta Leonarda Cohena, jakby też wpadła w wieczne teraz. Znów nad łóżkiem pochyla się jeszcze sprawna i wciąż żywa babcia, która z niezmiennym uśmiechem podaje mleko z miodem i masłem, bo naturalne metody najlepsze. Praca, znajomi, wszystko jest bardzo daleko i nawet nie wiadomo czy się zdarzyło. Jest sufit i biała ściana nieopodal. Poza tym wszystko niepewne i ulotne. Nawet ta grypa, która przecież kiedyś minie.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Gdzie Indziej

Bywa, że świat układa się sam, poza naszą obecnością i świadomością. Pewne sprawy, widziane z oddali się zabliźniają. Człowiek spogląda na siebie sprzed paru dni i nie wierzy własnym oczom, śmieszna postać, śmieszne słowa i gesty, to nie mogłam być ja. Może nieustannie przeskakujemy własną karykaturę, a może do końca nią jesteśmy, mimo, że usilnie staramy się wyprostowani i z miną odpowiednią dojrzałemu wiekowi dojść do celu. Jedno jest pewne z czasem łagodniejemy, jesteśmy jak odpływ fali na Pacyfiku, która niewiele przynosi i niewiele zabiera. Krew nadal pulsuje, ale rytmem właściwym ciału. Idealna harmonia. Katharsis tak potrzebne jak łyk wina w chłodne popołudnie, czy głos Eddiego Vedder'a odwracający uwagę od przepaści. Wiemy tylko, że nie jesteśmy już tam, tylko gdzie indziej. I to nam wystarcza.

czwartek, 30 lipca 2009

Nadwrażliwość

Nadwrażliwość - nieprawidłowa reakcja uczulonego wcześniej organizmu na powtórne zetknięcie z antygenem. W jej wyniku może dochodzić do bardzo silnej odpowiedzi, zarówno typu komórkowego, jak i humoralnego, a w krańcowych wypadkach nawet do niszczenia własnych komórek.

/z Wikipedii/

A jeśli antygenem jest człowiek (zważywszy, iż "życie jest formą istnienia białka") to jak bardzo silną reakcję ciało przetrzyma nim doprowadzi się do autodestrukcji. Ile bezsennych nocy, wódki i serca w podwyższonym stanie gotowości. I ten strach o czwartej nad ranem, czy było warto. A co z duszą, która przecież tylko dla kogoś, bo co człowiekowi po czymś, co nie wiadomo ile warte.
Nadwrażliwość jest chorobą nieuleczalną, postępującą w zastraszającym tempie, z uwagi na brak leków i odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów. Jest przekleństwem i błogosławieństwem zarazem, bo tylko dzięki niej ten świt w Zakopanem tak intensywny i równie intensywne odrzucenie, bo na co komu dziś odczuwanie świata, który przecież oczywisty i skończony, jak noc umykająca uwadze temu, kto zasnął zbyt wcześnie.

sobota, 25 lipca 2009

Ludzie...

anteny
bluszcze
chimery
drogowskazy
elfy
fantasmagorie
gronostaje
huśtawki
igły
jaskółki
kamienie
lustra
łotr(z)y(ce)
marionetki
nietoperze
origami (tych lubię najbardziej)
pestki
rakiety
spadochrony
trapezy
uwodziciele
wehikuły
zagadki (o!, tych także)

...ludzie.

sobota, 11 lipca 2009

Jasminum

Zastanawiam się jak bardzo uzależnieni jesteśmy od zapachu. Wystarczy podmuch wiatru niosący woń palonych liści, a wraca tamta droga do liceum, podczas jednego z listopadowych poranków i ten sam strach przed lekcją geografii. Idąc ulicą nieraz zdarzyło mi się obejrzeć za mężczyzną, który pachniał zielonym Str8-em zmieszanym z czerwonym posmakiem Pall Mall-i. Tak pachniał tylko M. Zapach Małej Elf, z kolei, jest intensywny, jakby wyznaczała za jego pomocą granice swojego terytorium. I wczoraj jak stałam pośrodku pogrzebu, sto kilometrów stąd, otoczyła mnie znajoma woń. Nie miało znaczenia, że to obca kobieta, stojąca obok. I tak poczułam się bezpiecznie, jako, że perfumy zostały skojarzone momentalnie z pierwszą Właścicielką i to z Nią zostaną na zawsze. Nie wiem, co to za zapach, ale wiem, że jest dobry. Podobnie jak tamten - wody toaletowej i papierosów. Jest wiele takich - naftaliny, którą pachniała Babcia, G. Sabatini, noszonej przez Magdę, czy mandarynek, którymi przesiąknięte było dzieciństwo.
Są też złe zapachy: migrenowa woń benzyny, czy wody po goleniu Adidas, która przypomina A., a o którym wolałabym zapomnieć. Ale zapachy są bezlitosne.
Niewątpliwie najczulszą oazą różnorodnych zapachów było dzieciństwo. Może dlatego, że wówczas wszystko takie pierwsze i niektóre wonie chciało się najintensywniej zatrzymać, alby nie zapomnieć. Tak pachniały śliwki, papierówki, stare klatki schodowe, deszcz, lato. Dzisiaj to wszystko oczywiste, ale nawet na najbardziej znany zapach kompotu, wydobywający się z obcego okna, zdarza nam się odwrócić na kilkanaście lat wstecz. Deja vu nie istnieje bez deja senti.

wtorek, 30 czerwca 2009

Przetapianie


Księżyc nocą wygląda bezbronnie. Nie to co kilka godzin wcześniej, dumna kopuła zawieszona na utkanym z pajęczyny niebie, które ledwo radzi sobie z jej utrzymaniem. Wraz z upływem godzin kopuła topnieje, kurczy się, blednie. Staje się gwiazdą, pyłkiem, aż w końcu znika zupełnie. Jakby jej nigdy nie było, jakby nigdy nie stanowiła odrębnej całości z chłodnej zawiesiny chmur. Księżyc nocą przetapia się w niebo, by nazajutrz znów skrzepnąć i w pełni sił stanąć na straży wieczoru. Wszystko odbywa się szybko, nieco wstydliwie. Chwila słabości, która nie powinna być dostrzeżona. Dlatego uwieczniony księżyc jest gwiazdą. I niech nią zostanie. W końcu zadzierać z księżycem nie przystoi, jeszcze może się przydać.

środa, 24 czerwca 2009

Ile

Ile wody musi spaść żeby przepełniła się ziemia? Po takiej burzy jak wczoraj na przykład, kiedy to miejscami woda sięgała po kolana - dzisiaj nie ma śladu. Nieco kałuż gdzieniegdzie, jak po najzwyklejszym deszczu. Zatem ile musiałoby padać, żeby ziemia przestała chłonąć, a świat zaczął się przelewać. Z pełnego w pełne. Ile?

czwartek, 11 czerwca 2009

Deszcz


Lubię deszcz. Po deszczu wszystko jest bardziej sobą, niż przedtem. Słońce wyraźniejsze, niebo jaskrawsze, zło prawdziwe do szpiku kości. I nawet ziemia nigdy bardziej nie pachnie ziemią niż po deszczu.

Boże Ciało

Dzisiaj wracając ze spaceru mimochodem weszłam w tłum ludzi wracających z procesji. Wszyscy eleganccy, odprasowani, co poniektórzy pewnie w "kościołowych" garniturach, tylko na specjalne okazje. Biel strojów łagodnie powiewała na wietrze. Właściwie mogliby od razu tak wejść do nieba i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego.
Mnie zdradzał brak. Bieli, zielonej gałązki, kilku centymetrów nad ziemią. Byłam wśród nich, a czułam, że obok.
Zatem szli, zadowoleni, rozgrzeszeni, spokojni. Bez wyrzutów sumienia mogą już grzeszyć właściwie od teraz. Zanim zamaże się cała kamienna tablica przykazań, minie sporo czasu.
Ja nigdy nie wierzyłam w rozgrzeszenie, nigdy go też nie doświadczyłam. Pamiętam jak przed Pierwszą Spowiedzią obiecywano mi, że będzie lżej. Nie było. Nic się nie rozstąpiło, słońce świeciło jak przedtem, ot zwykły dzień jak każdy dotąd. Pamięć wszystkich grzechów jest we mnie do teraz, wcale nie mniejsza niż kiedyś. Nawet ta przejechana, czterokołowym rowerkiem, kaczka, na drodze dzieciństwa, jakby wczoraj.
A dzisiaj, dzisiaj tuż za ścianą kościoła stał pan. Odświętny jak wszyscy, w krawacie i drogich skórzanych butach. Pił "Zamkowe" pewien, że nikt go nie widzi. Zawsze w takich momentach żałuję, że nie mam ze sobą aparatu. Zawsze.

Widz

Na wszystkich fotografiach, które oglądam, najbardziej interesuje mnie drugi plan. Coś uchwyconego przypadkowo, przez co naturalnie i najbardziej zgodnie z prawdą.
Ot na przykład Artur Barciś w "Dekalogu" Kieślowskiego. Przypadkowy przechodzień, niemy świadek zdarzeń, który od początku wie wszystko. Mówi całym sobą, ale nie wypowiada ani jednego słowa. Jakby żył od początku świata i wszystkie drogi zostały już przebyte.
Czemu nie zareagował ani razu? Bo właśnie poznał człowieka i doskonale wiedział, że to by nic nie dało, że zawsze na przekór, po swojemu, nawet jeśli na stracenie. A może właśnie ze względu na odgórnie ustalony bieg zdarzeń, który zmierza łagodnie do także określonego celu.
Tacy obserwatorzy zdarzają się też w życiu. Wiedzą i czekają, a ja im się przyglądam uważnie. Mimo, iż moja wiedza raczej cząstkowa i mało stabilna.
Czasami drugi plan jest ważniejszy niż pierwszy, może nawet częściej niż nam się wydaje. Dlatego czuwanie powinno być najbardziej naturalnym stanem człowieka.

niedziela, 7 czerwca 2009

Pies


Pies został stworzony chyba po to, aby wzbudzać w człowieku nieustanne poczucie winy. Pies kocha bezgranicznie, całym ciałem od nosa do ogona. Kocha też duszą, która jak u żadnej innej istoty, współgra idealnie z ciałem. Zewnętrzność splata się z tym, co wewnętrzne, w taki sposób, że patrząc na psa nigdy nie wiadomo czy widzimy jeszcze ciało czy już serce. Kredyt zaufania nie ma końca. Stąd też rosnące poczucie długu u człowieka, bo jak to możliwe po prostu przy kimś być zawsze i wszędzie bez spodziewania się wzajemności. Odczuwanie całym sobą to również pełen kosmos zawodu w razie pomyłki. Pies obraża się całościowo, smutnieje ogon, smutnieją łapy i te oczy, w które wstyd spojrzeć. Ale wystarczy gest, dobre słowo, spojrzenie aby wszystko było jak dawniej. Kochać i przebaczać - to psy opanowały do perfekcji. Jeśli mówić o doskonałości stworzenia, to nie powstało nic doskonalszego. Nie urodził się jeszcze człowiek na miarę psa.