Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyklicznie: Inna Dziewczyna Bez Zapałek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyklicznie: Inna Dziewczyna Bez Zapałek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część szósta)


No to miała towarzysza. Teraz musiała się przyzwyczaić do nocnego drapania w drzwi i zamykania się w sypialni na czas snu. Tej pierwszej nocy, kiedy kot wślizgnął się do jej życia, zapomniała o dokładnym zaciśnięciu klamki i zanim się nie obejrzała, jej stopy otuliło coś miękkiego i ciepłego. Nie lubiła bliskości, na którą nie była wcześniej przygotowana i poczuła się obco we własnym łóżku. Zaniosła więc delikatnie usypiające zwierzątko na prowizoryczne posłanie w przedpokoju i wróciła, tym razem pamiętając o drzwiach. Długo nie mogła zanurzyć się w sen, noc kołysała się jak rozhuśtany dzwon, co chwilę szarpiąc ją za powieki. Wracał do niej nieustannie jeden obrazek z dzieciństwa, kiedy będąc wspólnie z rodzicami na działce ciotki, wybrała się na samotny spacer topniejącymi, pierwszymi oddechami wiosny, alejkami. Zaciągała się łagodnym już powietrzem, które pachniało świeżością. Do dzisiaj nie umie tego wytłumaczyć, ale tak pachnie tylko zapowiedź marca. I tak włócząc się bez celu, zobaczyła samotną altankę w opuszczonym ogródku. Sądząc po bujnej roślinności, która sięgała jej dziecięcych ramion, dawno nikt tutaj nie zaglądał. Podeszła do drewnianego domku i rękawiczką przetarła brudną szybę. W środku nie było nic szczególnego, jakieś narzędzia, bujany fotel, dziurawy słomkowy kapelusz. Ale kiedy tak błądziła wzrokiem po zaciemnionym pomieszczeniu, ujrzała coś dziwnego. Nad krzywą półką  z zakurzonymi słoikami siedziały biedronki, cale mnóstwo biedronek. Odeszła od szyby i spojrzała raz jeszcze, ale one nadal tam były. Nic jej się nie wydawało. Trzeba je wypuścić - szybko podjęła decyzję. Zaczęła zatem szarpać za klamkę, ale drzwi były dobrze zamknięte. Obeszła dokładnie cały domek, aby sprawdzić czy gdzieś nie ma wyjścia, poluzowanej deski, lub najlepiej - dziury...Znalazła - otwór był zasłonięty taczką wysypaną ziemią. Skuliła się jak najmocniej i przechodząc pod nią na kolanach, znalazła się w środku. Wnętrze nie zachęcało do pozostania na dłużej, było tam wilgotno i pachniało stęchlizną, tym bardziej poczuła, że musi uwolnić owady jak najszybciej. Otworzyła więc okno i zaczęła przeganiać rozbudzone biedronki. Część faktycznie uciekła natychmiast, a pozostałe za nic nie chciały oderwać się od ściany, może po prostu po tak długim zimowaniu stały się jej częścią. W każdym razie opuszczała altankę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Dzięki niej biedronki nie przegapiły tamtej wiosny, kto wie może nawet były jej za to wdzięczne.
A teraz ten kot...Otrzymała jakąś misję ratowania zbłądzonych stworzeń, chociaż wcale tego nie chciała. Cały czas ma wrażenie, że ktoś jej płata figle, stawiając na drodze istoty, będące lustrem, w którym przeglądając się widzi siebie najprawdziwszą z możliwych. Uśmiechnęła się na myśl, że historia z biedronkami mogłaby z powodzeniem stać się częścią filmu "Sztuczki", bo też wpisuje się w przypominanie świata, którego już nie ma. Tak samo jak trzymanie zaciśniętych kciuków w strugach deszczu, uwalnianie biedronek jest przecież niemodne...

poniedziałek, 12 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część piąta)


Znalazła go przypadkiem w kieszeni płaszcza. Kiedy po raz pierwszy ubrała go po letnim leżakowaniu w ogóle nie zwróciła uwagi na drobny przedmiot, a może nie wkładała rąk do kieszeni... Już nie pamięta. Na pewno się śpieszyła, jak zawsze rano i z uwagi na coraz dotkliwszy chłód ubrała się cieplej. Po pracy, już na spokojniej, zaczęła szukać ostatniego wyciągu z bankomatu i błądząc palcami po miękkiej podszewce kieszeni, pomiędzy biletami a zmiętymi chusteczkami, znalazła różowy koralik. Uśmiechnęła się do siebie, bo od razu przypomniała jej się "Karolcia" i magiczna moc spełniania życzeń. Ona nie miała ich zbyt wiele i na pewno by zdążyła zanim plastikowa kulka straci kolor i swoją moc. Nie miała pojęcia skąd to się mogło wziąć w jej kieszeni. Praktycznie nie nosiła biżuterii, czasami tylko delikatne naszyjniki lub bransoletki, ale kompletnie nie przypomina sobie żadnej z różowym dodatkiem. Nie był to jej kolor. Może kiedyś znalazła i odruchowo schowała? Ale to też wydało jej się mało prawdopodobne - nie podnosiła pieniędzy, a schyliłaby się po kawałek plastiku? Nie zastanawiając się dłużej schowała koralik z powrotem do kieszeni i wyszła. Jak widać kulka nie miała magicznych właściwości, bo dwa bankomaty po drodze były nieczynne i musiała odstać swoje w kolejce do banku, a gdy przyszła do domu zastała ociekający wodą sufit. Sąsiad uśmiechnął się przepraszająco, powiedział, że zapłaci za malowanie i tyle go widziała. Zmęczona opadła na fotel. Nagle usłyszała lekkie drapanie za oknem. Pomyślała, że gołębie znów buszują na jej parapecie, dlatego nie podnosiła się, zwłaszcza, że na powieki zaczął opadać sen. Niestety drapanie nie ustawało i na dodatek zaczęło mu towarzyszyć mruczenie. Podeszła więc do okna, a na parapecie ostatkiem sił wisiał kot, właściwie koci dzieciak...coś go musiało wystraszyć, albo pogonić i uciekł przed siebie nie bacząc na to, że jakoś będzie musiał wrócić. W sumie uciekać jest znacznie łatwiej, niż wracać  - pomyślała. Nie miała zwierząt. Po pierwsze dlatego, że często wyjeżdżała i nie chciała ich skazywać na samotność, a po drugie lubiła zadbane mieszkanie, bez ingerencji kogoś obcego, nawet gdyby to miał być żółw. Ale kot sam ją znalazł. Może instynktownie wybrał kogoś komu najmniej zdezorganizuje świat i kto też właściwie się zgubił. Zabrała więc zziębniętego i wystraszonego malucha zza okna, przykryła kocem i ułożyła na tym samym fotelu, na którym jeszcze przed chwilą była sama, bez najmniejszej myśli o zmianie. Miejsce jeszcze letnie od jej zmęczonego ciała teraz zajmował nowy towarzysz. Wróciła się do przedpokoju, aby sprawdzić, czy koralik nadal jest w jej kieszeni. Był, ale jakby trochę bledszy...

czwartek, 8 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część czwarta)


Ją także dopadła jesień i bynajmniej nie było to przyjemnie spotkanie. Być może to wszystko z umiłowania ciepła, które powodowało, że marzła nawet w chłodniejsze dni lata i starała się zawsze mieć przy sobie sweter, tak na wszelki wypadek. Sweter czarny z kapturem, przywieziony z którejś podróży. Był pamiątką i jednocześnie odnosiła wrażenie, że nie przepuszcza zimnego powietrza, czuła się w nim jak w kokonie uwitym na miarę, prawie tak samo jak w dzieciństwie, kiedy wtulała się w Borka. Jesień pozostawiała w niej dziwne uczucie, podobne do tego jak raz w życiu wypaliła jednego, jedynego papierosa. Zachłyśnięcie i długa niemożność złapania pełnego oddechu. Tylko tamto po kilku minutach przeszło, a to potrwa przynajmniej do wiosny. Jako antidotum wciąż miała Barcelonę, która jeszcze krążyła w żyłach, jak dobry, mocny alkohol. Uspokajała i zajmowała pamięć, bo ta czasami płatała figle i ni stąd ni zowąd wypuszczała z siebie obrazy sprzed kilku lat, o których ona tak bardzo chciała zapomnieć. Dlatego też starała się teraz wypełniać coraz krótszy czas, dzień się zawężał i dzięki temu był łatwiejszy do zniesienia. Wystawy, jakieś kino, w ostateczności film w TV. Raz nawet dała się namówić na spotkanie w większym gronie z ludźmi z pracy. Nie miała najlepszego nastroju, ale miała za to potrzebę utrzymywania poprawnych stosunków towarzyskich wyniesioną z domu, a wiedziała, że ta nieobecność może komuś sprawić przykrość, więc poszła. Już od dawna nikt nie trafił igłą w jej serce, więc nie szukała nowych znajomości, a jak takie się zdarzały to starała się utrzymać temperaturę uprzejmego chłodu, który zapewniał jej dostateczną ilość przestrzeni i względne bezpieczeństwo.
Dzisiaj było wyjątkowo ciepło, mogła zatem oszukiwać sama siebie, że jesień nie nadeszła, że jeszcze jest daleko. Otworzyła okno na całą szerokość i udawała, że zapomina dym z palonych liści, który zaplątał się w ciepłą strużkę powietrza.

poniedziałek, 28 września 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część trzecia)


Borek wrócił tylko raz w jej dorosłym śnie, kilka lat temu. Nie była wtedy w dobrej formie. Znowu wpadła w otchłań samej siebie, kiedy zamknęła się na kogoś na kim jej naprawdę zależało. Wybrała samotność i przez długi czas przekonywała siebie, że postąpiła słusznie; nawet dobrze jej szło, poznała nowych ludzi, jeździła w góry, chłonęła to życie w mikroskali takiej, jaką sobie wyznaczyła. Przeszłość jednak wracała; w przerwach między zgiełkiem miasta, a ciszą odludnego mieszkania; w przesmykach między kolejnymi myślami. Wówczas nie znosiła siebie, tych ograniczeń, których nie umiała przezwyciężyć. Kiedy się wydawało, że już może coś się uda zmienić, przeskoczyć, nadchodziła otchłań, która ją wyniszczała od środka, wydrążała z pozytywnych emocji i pozostawała niepokój, z którym przyszło jej się zmagać do dzisiaj. Wiedziała, że jest okaleczona, nie potrafiła tylko znaleźć źródła tego stanu, a może wolała nad tym się nie zastanawiać...Jej okaleczenie polegało na ucieczce przed dobrem, dawaniem w najczystszej postaci - bez oczekiwania czegoś w zamian. W takich sytuacjach zwykle czuła się niewygodnie, bo gdzieś tam kołatała się myśl o cenie i stale rosnącym długu. Ponadto zawsze wydawało jej się, że spotyka mężczyzn słabszych od siebie, a dopiero niedawno zrozumiała, że to może ona była za silna.
W każdym razie pewnej nocy wrócił Borek, był taki, jakim go zapamiętała - rozpromieniony psią radością (nawet raz pomyślała sobie, że psy nic innego nie potrafią poza byciem szczęśliwymi) w biegu ku niej. Ona patrzyła na niego jakby z góry, a Borek biegł i biegł, zorientowała się, że krąży w labiryncie ulic jakiegoś miasta. Nic dziwnego, że nie umiał się odnaleźć, był psem z gór i tylko w Białce Tatrzańskiej poruszał się swobodnie. Wiedziała, że chce dotrzeć do niej, ale nie potrafi znaleźć właściwej drogi. Ona go wołała z góry, ale pies chyba nie słyszał, natomiast wiedział, że jego pani gdzieś musi być. Kiedy tęsknota i zniecierpliwienie sięgnęły kresu - obudziła się. Jak zaczęła analizować swój sen, doszła do wniosku, że pod postacią ukochanego przyjaciela z dzieciństwa, pokazali jej się wszyscy ludzie, którzy próbowali do niej dotrzeć; też wiedzieli, że gdzieś musi być jej prawdziwa istota, sedno, które tak przyciągało, ale nie potrafili odnaleźć drogi -  może dlatego, że ona sama jej nie zna. Od lat ma wrażenie, że obraca się wokół własnej osi, więc wszelkie wskazówki nie miałyby sensu, a co gorsze - mogłyby sprowadzić innych na manowce.
Dzisiaj wróciło to wspomnienie - i snu i refleksji. Wyjrzała przez okno - późnowieczorny księżyc wyglądał jakby został uwięziony za szybą i próbował się stamtąd wydostać. Patrzyła na rozmazane, chropowate światło wydobywające się z ciemności i poczuła jakby noc ją przedrzeźniała, a może każdy ma swoją pułapkę w którą prędzej czy później wpada i trzeba jakoś z tym żyć?

niedziela, 27 września 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część druga)


 (obraz Haliny Kulikowskiej, www.obrazy-olejne.pl.)

Kiedy usłyszała o melancholii Człowieka Północy, to pomyślała sobie, że też cierpi na melancholię, ale Człowieka z Gór. Może cierpi nie było tu najszczęśliwszym określeniem, bo lubiła takie momenty powrotu do dzieciństwa, które kojarzyło jej się z wolnością i złudzeniem panowania nad światem. Bo ten, z perspektywy sześcio- czy siedmiolatki, wydawał się naprawdę osiągalny. Jako dziecko była jak wiatr, chociaż z boku mogła być postrzegana jako grzeczna dziewczynka wśród rozkrzyczanej gromady urwisów. Tak naprawdę wyróżniał ją tylko strój, zawsze elegancki, jak u dystyngowanej uczennicy przedwojennej pensji - sukienki, płaszczyki, nawet rękawiczki. Dzieci stamtąd nie dbały o wygląd, zimę zwykle przechodziły w swetrach i z czerwonymi od zimna uszami. Poza tym tak było wygodniej przy zjeżdżaniu z górki, czy zabawach w podchody. W głębi swojego dojrzewającego serca była taka sama jak inni, wolna i szczęśliwa. Jak biegała po zakwitającym jabłkami sadzie czuła, że osiodłała świat i ten świat poprowadzi ją dokądkolwiek zechce. Najbardziej jednak lubiła wędrować. Kiedy tylko puszczał ostatni lód, a ziemia aż drżała z pulsującego tuż pod nią życia, które lada moment wykrzyczy wszystkimi kolorami o swoim istnieniu, wychodziła wczesnym przedpołudniem z domu i wracała przed zmierzchem. Zanim jeszcze zaczęła się dla niej szkoła i zupełnie inny rytm, mogła pełną piersią wdychać wiosnę, a ta w górach nie ma sobie równych. Pamięta też chudą Ankę, Cygankę mieszkającą po sąsiedzku, pierwszą przyjaciółkę od sekretów i od kradzionych wiśni. To dzięki niej kilka lat później potknęła się o chmury i wpadła w ramiona A. Potem ich drogi sie rozeszły, w sumie nawet nie zauważyły, że zaczęły żyć osobnymi sprawami. Coś się skończyło, ale ta znajomość pozostała w niej na zawsze. Los postawił na jej drodze kilka Anek, ale w każdej zawsze szukała tej najpierwszej z okna naprzeciwko, gdzie zza firanki wyglądały duże czarne oczy. Wspominając dzieciństwo nie może pominąć jeszcze jednego towarzysza - Borka, podpalanego kundla, który przyplątał się któregoś zimowego wieczoru pod próg ich domu i został. Nie mogła postąpić inaczej, skoro pies sam wybrał właścicieli. Wybrał, a potem nie odstępował ani na krok. Już nie pamięta czemu akurat takie wybrała imię, za to doskonale przypomina sobie zapach jego sierści, która wyślizgiwała się z pomiędzy palców jak u rasowych psów. Uwielbiał jeść, wbrew naturze, wszystko co kwaśne i gorzkie, może z przyzwyczajenia do życia, które dotąd tak smakowało. Odszedł tak samo jak się pojawił - cicho i niespodziewanie, po prostu zasnął na tym progu, na którym go znaleźli kilka lat wcześniej. Potem długo odwiedzał ją w snach, a gdy się budziła czuła na dłoniach miękkość opadającego skrawka jedwabiu.

sobota, 19 września 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część pierwsza)


( zdjęcie: www.malarze.walhalla.pl )

Odkąd pamięta lubiła kwiaty. Nawet jej mieszkanie, chociaż w starym budownictwie i daleko od zieleni, wyglądało jak ogród. Miejsce pracy również było umeblowane najprzeróżniejszymi roślinami: doniczkowymi, suszonymi, a w porach letniej i wiosennej - świeżymi, którymi akurat obrodziła ziemia. Czułość z jaką je podlewała, przycinała liście czy obracała do światła, była czułością matki, która jak najwięcej chce oddać z siebie i zapewnić podopiecznym szczęście.
On uwielbiał patrzeć jak przesadzała kwiaty. Zawsze go śmieszyło, gdy wysypywała ziemię na podłogę, zamiast na gazety, które łatwo byłoby zwinąć. Ale ona była uparta, jak postanowiła, tak być musiało. Przynajmniej tak ją odbierał -  w żadnym geście, spojrzeniu nie dostrzegał wahania. Lubił mimochodem napotykać jej wzrok, w jej oczach przetaczały się nawałnice i przeglądał ocean, czasami udawało mu się uchwycić skrawki duszy jak spadające fraktale śniegu. Przyglądał się jej dłoniom, które dźwigały roślinę jak jedwab - zdecydowanie i delikatnie zarazem. Nigdy nie widział takiej czułości u innej kobiety. Ziemia przesypywała się między palcami, a on błagał w myślach czas, który także przesypywał się gdzieś nad nimi, aby na chwilę zamarł i o nich zapomniał.
Dziewczyna ceniła kwiaty za nienarzucające się piękno i dojrzewanie w ciszy, coś czego brakowało ludziom z jej otoczenia. Zdecydowanie wolała milczenie, niż rozmowę. Nie dlatego, że była nieśmiała, ale z powodu braku zaufania do słów, których codziennie bezsensownie wyrzucanych są miliony. Ona nie lubiła tracić ani słów, ani czasu, ani siebie. Dlatego to, co miała najlepszego, oddawała roślinom i ziemi.
On zawsze przychodził akurat wtedy, kiedy coś robiła przy kwiatach. Nie wiedział, czy trafia w takie momenty, czy ona nieustannie poświęca się temu zajęciu. Zwykle chował się za framugą i patrzył tak długo, aż ona go nie ujrzała. Wówczas odkładała swoją pracę i podchodziła aby przyjąć przeczytanie książki i wypożyczyć kolejne. Chyba też podświadomie czekała na te wizyty, mimo, że nigdy nie zamienili słowa na temat inny niż książki. A może właśnie dlatego.
Którejś soboty nie przyszedł. Nie dało się nie zauważyć jego zniknięcia, ale też nie odczuła tego faktu boleśnie. Jego nieobecność była jak ześlizgnięcie się motyla po sercu, a kwiaty, na które patrzył przez jej dłonie pną się wytrwale na oknie, ku niebu.
Wszystko jest jak dawniej. Nawet jego urlopowana karta biblioteczna czeka w tym samym miejscu, na wypadek powrotu.