czwartek, 31 grudnia 2009

Życzenia Noworoczne



...zwykle są bardziej obfite, niż ten Nowy Rok może unieść, ale przede wszystkim chciałam Wam Wszystkim, odwiedzającym moją skromną stronę, podziękować za Stary Rok, który jak śpiewał Seweryn Krajewski, był po prostu rokiem dobrym. Wiele się wydarzyło, pojawiło się parę ciekawych osób w moim życiu, a za sprawą jednej nawet powróciłam do zapomnianego bloga i jestem tutaj do dzisiaj. Wam dziękuję szczególnie, za obecność, ciepłe słowa i potwierdzenie tym samym, że to co robię ma sens, nie tylko dla mnie. Natomiast w tym, owianym jeszcze tajemnicą, Nowym Roku życzę Wam satysfakcji z tego, co robicie, realizacji własnych pasji, dzięki którym powstają świetne teksty, które uwielbiam czytać; życzę Wam wiary w siebie, odwagi i otwartości na świat, wielu przychylnych ludzi i odporności na krytykę, której jesteśmy poddawani co dzień. Życzę radości z każdego dnia i odnalezienia własnej drogi, a tym którzy ją odkryli - najmniej zakrętów. I niech się stanie (kto wie może już jutro).

Fot. radzido, http://swiatnaszkolorowy.blox.pl

środa, 30 grudnia 2009

Nowy Rok



Na pewno będzie lepszy od starego

Lżejszy o kilkanaście kilogramów
Bardziej wyprostowany
Z niezłym planem na nową firmę
I znajomością francuskiego
W stopniu co najmniej zaawansowanym

Może starczy też dla dzieci
Na dobre oceny

Sztuczne ognie jak dobra wróżba
Wyszeptana nad kołyską

A potem zasypany śniegiem poranek
Z przekwitłą różą w butonierce świtu
Topniejący ból głowy
I to samo okno kamienicy
Z której jak srebrny brokat
Sypie się
Tynk

Fot. www.interia.pl

sobota, 26 grudnia 2009

Grzebień


                             Mariuszowi, w podziękowaniu za inspirację

Gdyby tej jedynej nocy
Wróżka zaklęła mnie
W najważniejszy przedmiot mojej pamięci
Wybrałbym grzebień

Ten który każdego wieczora
Kładłaś przy łóżku
Z zaplątaną wiązką minionego dnia

Gdzie obłoki zapachu
I gasnącego ciepła prawej dłoni

Przepływają nad naszym miastem

środa, 23 grudnia 2009

Życzenia


Kochani, z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, składam Wam Wszystkim (obserwującym, zaglądającym) najserdeczniejsze życzenia spokojnych, radosnych i rodzinnych chwil. Chciałabym abyście podczas ubierania choinki, przygotowywania potraw, czy chociażby najzwyklejszego spaceru - zatrzymali się i docenili to, co w Was jest najlepsze. Życzę Wam odpoczynku, nabrania sił na kolejny Nowy Rok. Życzę choinki do nieba i skrawka nieba w domu, Mikołaja, który przyjedzie saniami i nie zapomni o nikim i żeby każdy odkrył swoją Tajemnicę tego czasu. Świętujcie i cieszcie się.

Fot. www.bonapetit.pl

Len


Mówiłeś że moje włosy są jak
Len
Zanurzając się w ich upartych łodygach
I rozkwitającym zapachu
Można było się zatracić

Zapomnieć

Jak wtedy gdy rwaliśmy wiśnie
Przez odrapane ogrodzenie dzieciństwa
I kołowała nad nami jaskółka
Pogodnej niewiedzy

Dzisiaj okno otwarte na oszronione pole
Linum flavum
Wiatr strąca z czoła
Przekwitłe krople oczarowania

Pokój wiruje
Mroźną bielą południa

Fot. Aneta

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Śnieg



Bita śmietana
Na zdyszanym języku
Zimy

Fot. www.interia.pl

piątek, 18 grudnia 2009

Mechanika


Przeczytałam ostatnio na blogu mojego dobrego kolegi pewną refleksję, która dała mi wiele do myślenia. Co prawda wiedziałam, że tak jest, że poruszył on jedynie jedną z obiektywnych prawd, a jednak mimo to boli. Mianowicie istnieją ludzie, którzy są nam z jakiś powodów bardzo bliscy, którzy nas napędzają i czasami nawet nie umiemy sprecyzować co i jak wiele nam dali, ale wiemy, że dzięki nim jesteśmy bogatsi i zupełnie inaczej patrzymy na otaczający nas świat. Przychodzi jednak taki moment, że musimy się z nimi rozstać, mimo, iż bardzo tego nie chcemy, bo albo oni sami nas odrzucają, albo wiemy, że taki obrót spraw będzie najkorzystniejszy dla obu stron lub chociażby tylko dla tej drugiej osoby. I ta siła napędowa słabnie, aż w końcu znika zupełnie. Po jakimś czasie ci ludzie, tak kiedyś ważni po prostu w nas gasną, a pojawiają się  nowi, którzy dają nam inną energię i otwierają na inny horyzont. Jest to proces nieunikniony i konieczny, bowiem nie da się w życiu ocalić wszystkiego, zawsze jest wybór i coś za coś. Jednak dla mnie to miejsce już na zawsze zostaje puste i niczego nie odczuwam bardziej niż braku właśnie. Piszę o tym, bo właśnie teraz znalazłam się w podobnej sytuacji. Jakiś czas temu poznałam osobę, która w niesamowity sposób na mnie wpłynęła i zmieniła. Tak jakoś jest, że znajdując się w całkiem nowym środowisku szukam autorytetu, niekoniecznie w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale osoby, która będzie mnie ciągnąć wzwyż, która ma osobowość i kawałek magii w sobie. Taką osobę znalazłam parę miesięcy temu i chociaż mnie z nią łączyło dużo i wniknęła we mnie podskórnie jak chyba nikt wcześniej, tak ją ze mną scalało tylko to miejsce w którym się razem znalazłyśmy. Nic więcej, konieczność połączona z uprzejmością wzajemnych relacji. A teraz nadszedł czas na zmianę miejsca i co za tym idzie pożegnanie. I z jednej strony jest to przepaść a z tej drugiej po prostu łagodne przejcie do innej rzeczywistości beze mnie. Przygotowywałam się na tę chwilę długo, a jednak jest ona trudna, bo nie umiem się pogodzić z utlenianiem się istotnych chwil, które wciąż mocno we mnie pulsują. Nie można nikogo zmusić do tego, by był blisko, bo tak sobie to wymyśliliśmy, poukładaliśmy i tego chcemy, akcentując nasze żądanie dziecinnym tupnięciem nogą, ale jednocześnie w  takich momentach najbardziej żałuję, że dzieciństwo już minęło bezpowrotnie i trzeba się mierzyć z dojrzałością, która czasami nas przerasta.

Fot. Ruwa

niedziela, 13 grudnia 2009

Wolniej



...wolniej

Smakowana długo zielona herbata krzepnie
W soczysty miąższ melona
Dokładnie przebrane słowa zaklinają zwyczajność
W hymn
Nasturcja dojrzewająca w tempie adagio i tak zachwyci
Nagłym pięknem

...wolniej

Żółw nie jest wart uwagi mniej niż
Lampart
Chociaż cierpliwość dawno wyszła z mody


fot. Cezary Pióro

piątek, 11 grudnia 2009

N I C



Nie mam Ci nic do powiedzenia. Zawsze bałam się tych słów. Niby wszystko jest jak dawniej, lubię Cię jak wczoraj, może nawet jak zawsze. Nadal chodzimy inaczej, Ty szybciej, ja staram się nadążyć, nasze oddechy współgrają ze sobą, idą obok i oprócz nich nie ma nic. Słowa grzęzną, gubią się, roztapiają na końcu języka. Może powiedziałam za dużo, może za szybko. Myśl przegrała z pamięcią, a ta się nigdy nie poddaje. Doszłam do końca, Ty idziesz dalej, mimo że koniec masz za sobą. Ja jeszcze muszę poczekać, by potem nie czekać już nigdy więcej.

Obraz: Stefan Centomirski Sybirak, Milczenie.

czwartek, 10 grudnia 2009

Ona III


                         GZ

Obudziła się za wcześnie
O świt

Noc łopotała pod powiekami
Gdy je rozsunęła
Noc też tam była

Tak jak i w przypadkowym uśmiechu
Biegnącym pospiesznie w jej stronę
Prezencie danym tylko bez okazji
Wietrze który szalem spłynął na ramiona
Bez pozwolenia

Noc dała pewność że nie zdarzy sie nic więcej
I prawo jazdy po Rondzie Es-dur
Chopina

Już późno
Zdjęła więc z firanki półksiężyc
Powiesiła na twarzy
Tak
Teraz może już iść

Przebrana za jutrzenkę
Nie do poznania

niedziela, 6 grudnia 2009

Oko pszczoły


Poranek przymarznięty do szyb samochodów
Parapety z waty cukrowej
Oczy dziecka podążające za srebrną kredką
Na portfolio okna
Przechodnie pochowani w kołnierzach ulicy
Między drzewami szczelnie dopiętymi
Na ostatni guzik grudnia
Maluchy o rumianych tężejącym słońcem policzkach
Zwijają płatki w ciepły dywan języka
By już nie uciekły
Wieża na wybiegu wzwyż
Gubi leniwe minuty
Zapowiadając przedwcześnie obudzony
Zmierzch

Zima


fot. Ralph Grimm (www.dziennik.pl)

czwartek, 3 grudnia 2009

Niewygoda

Jak liść
Którego nerwy rozpycha powietrze do granic
Spadochronu

Gościńcem nieba
Kołysząc się w dół
Tak bardzo pragnie wrócić do siebie

Zatoczyć koło jak słój pamięci
Którego jeszcze przed chwilą był częścią
A przecież nie zdążył przepisać na czysto
Morału

I nawet nie dostrzegł że stali się
Jednym
Ze wspólnym krwiobiegiem
Opadłego spokoju lądowania
I zaklętym w pergamin
Było

poniedziałek, 30 listopada 2009

Elfy


Zjawiają się przypadkiem. Nie ma w nich lasu, raczej nostalgia głębokich jezior. Do złudzenia przypominają ludzi, chociaż nigdy nimi nie są. Jest w nich ucieczka lamparta i strach polnej myszy, dlatego rzadko bywają blisko. Idą szybko, można ich nie zauważyć, ale wtedy zgubisz nie tylko siebie. Częściej przynoszą w darze porwany sen, niż szczęście. Szczęściu nie ufają, bo oślepia nawet niewidomego. Dlatego właśnie chodzą ze spuszczoną głową.  Nie mają skrzydeł ani zapachu, chociaż go rozsiewają. Ich skóra nie przyjmuje niczego poza samą sobą, przez co dryfująca na powierzchni woń późnych wrzosów, czy imbirowego ciasta, daje się we znaki tym bardziej. Jeśli poczujesz na twarzy chłodną woń jedwabiu, właśnie się z nimi minąłeś. To ci wystarczy, by podjąć decyzję o powrocie. Odtąd już zawsze będziesz zmierzał właściwym szlakiem, pomiędzy rozstąpionymi nawałnicami.

Obraz: Nils Bloomer

sobota, 28 listopada 2009

Dwie pomarańcze


Było prawie jak w bajce

Król się rodził
Na odludnym ołtarzu górskiego kościółka

Kolorowe postacie
Cesarskim cięciem scyzoryka
Zaludniły zimowy wieczór

Tuż za oknem
Wtulając dłonie w chustę
Szecherezada odchodziła w tę jedną noc
Domkniętej opowieści

Nikt nie zauważył że stało się już

Na szklanym ekranie nie tańczyła
Pierwsza gwiazdka
Więc starym zwyczajem zadzieraliśmy głowy
Oddechami rozhuśtując firankę

Wtedy ojciec przyniósł dwie pomarańcze
Dla niego Bóg się rodził
Już czterdzieści razy
Mimo to biegł

- To dla dzieci - powiedział
Zabawki w tym roku rosły za
Wysoko

Matka zdjęła z choinki
Całodniowe zniecierpliwienie
I zaprosiła do stołu

Dwie pomarańcze
Zza szyby przedwojennego sekretarzyka
"Mirra"
Rozrzedzały półmrok
Soczystym zapachem Tajemnicy

środa, 25 listopada 2009

Kamyk


Wspominam ją często
Miała niebieskie podkolanówki
I bardzo chude ręce
Podnosiła mnie do słońca i patrzyła
Jakby promień przeszywał wnętrze
Rozświetlając wszystkie korytarze
Z których każdy prowadzi do celu

Teraz dziewczynka
Z dopowiedzianą twarzą staruszki
Pewnie jest po mojej stronie

Najdotkliwszą jest pamięć rzeki
O suchych kroplach
Dotyk jej skóry jak usta spragnionego
Szorstki i zachłanny

Jest też pamięć podeszwy
Skórzanego sandała
I mokasynów Gucci
Tak daleka od muśnięcia łapy psa
Która biegnie bo ma dokąd

Degustacja świata wypada marnie
Przypomina gumę do żucia z przyklejoną do blatu biurka
Wyblakłą historią
Tylko ta pamięć
Krótka jak osobność włókien
Nim nazwą je dywanem

Tutaj wszystko zgodnie z planem
Nawet zmarszczki
Którymi kiedyś przechadzał się deszcz

fot. www.nationalgeographic.pl

poniedziałek, 23 listopada 2009

Piekło


Tak więc nie było tam ognia
Jak wszyscy myśleli
Szatkującego przestrzeń
Na kręgi

Nie było grzeszników
Ani świętych
Pokutujących za niewinność

Nawet tamtejsza rzeka
To nic więcej jak rzeka

Pytasz zatem co było

Zwykłe popołudnie

Winogrona dojrzewały za oknem
W roztopionym maśle grzęzła mucha

Pamiętam też że rozciąłem sobie palec
O jeszcze tępy nóż

-Naostrz go - powiedziała przed wyjściem

Potem był telefon
I garść ziemi
W której musiałem zmieścić
To czego nie zdążyłem dać inaczej

Ścieżka też była zwykła
Skrojona na miarę
Zwężona do jednych ramion
I pomniejszona o jutro

niedziela, 22 listopada 2009

Odnalezione...

Właśnie znalazłam swoje wiersze z liceum. Sama jestem zdziwiona jak długo nie pisałam - dziewięć lat. Jak widać, można bez tego żyć, ale prawda jest taka, że jak się człowiek od czegoś odwróci, to potem trudno zacząć od nowa.
Wiersze różne, przeważnie naszpikowane tym, czego poezja nie lubi czyli wielkimi słowami (bo tak najłatwiej napisać "cierpienie", a nie opisać w taki sposób, żeby to cierpienie ukazać i jeszcze całkiem inaczej niż opisywano dotąd) i potwornym smutkiem. Naprawdę nie znalazłam ani jednego optymistycznego utworu...Natomiast po głębszej refleksji, doszłam do wniosku, że zmieniło się tak naprawdę niewiele - teraz nie datuję tego, co piszę i używam wielkich liter, poza tym cała ta wrażliwość...wciąż ta sama.
Zamieszczam tu dwa teksty, obydwa z roku 1997.

***
             Agnieszce Osieckiej

Agnieszko, jak widzisz, miewamy się dobrze.
Świat dookoła tylko woła: brać!
Ludzie z dnia na dzień są coraz młodsi,
dzięki liftingom z witaminą A.
Wciąż nowe twarze i miejsca na mapach,
granice zwęża i rozszerza czas.
Rosną liście, opadają liście w sadach,
a naszej pamięci znów ubyło lat.

Zwykłe szczęście lata nisko i niżej,
niczym ugodzony w skrzydło rajski ptak.
My naprzeciw - coraz szybciej i bliżej,
spod nóg podnosimy zakurzony wrak.

Agnieszko, my teraz szybciej żyjemy,
a głosy nasze to nic więcej niż szept.
Jak w bajce wesołe i szatnie i sceny
I to wino co w barze przemienia się w krew.
To nic, że niedługo dopalą się gwiazdy
i zdejmą nas z warty w najpiękniejszym z dni.
My świat przepływamy bez prawa jazdy,
tylko za zakrętem nie czeka już nikt.

           ***
kiedyś
poeci mieli wełniste obłoki
szeroko rozpięte skrzydła
i narody które mieściły się
w zaciśniętej dłoni

w pofałdowanych kołnierzach
dobrze skrojonych frakach
cierpieli za miliony
pochylając się nad słabo oświetlonym
biurkiem

poeta współczesny
to ten który
w pomiętych spodniach
przechodzi pospiesznie przez ulicę
w bramie zapala papierosa
szukając po kieszeniach
synonimu słowa
świat

na własność posiada jedynie
codzienny skurcz serca
i słowo trzymające się jeszcze
końca języka

piątek, 20 listopada 2009

Partytura ulicy


                Markowi, w podziękowaniu za inspirację

Gdybyś tylko widział ciszej

Nawet po gazetę
Nigdy nie idziesz sam
Kobieta w piekarni na rogu zmiata z lady okruchy
Oczekiwania

Klucz jaskółek opada na pięciolinię
Batuta szlabanu ucisza roztańczone niebo
Zaczyna się koncert

Uwertura asfaltu nawijanego na koło
Kwintowe
Solo alarmu ćwierćnutującego wiatr
I Beethoven marki Siemens

Zabłąkany Bemol sąsiadów
Rozszczekuje świt
Tylko dlatego że nadszedł

Jeszcze złączone liście
W sennym nokturnie przeczuwają podróż
Z bagażem wiązki nerwów
Opadają na spóźnione ramię czerwonego płaszcza
Za którym za chwilę zamkną się drzwi
Oczywistego celu linii nr 15

Partytura ulicy
Fragmentarycznie doskonała
Jak miniatury Ravela
Unoszące się nad filiżanką porannej
Nieuwagi


Fot. immbir (http://immbir.digart.pl)

wtorek, 17 listopada 2009

Złośliwość ludzkich spraw (zasłyszane)

Dzwoni Jacek Podsiadło.
- Czy zastałem Danusię? Czy o tej porze jeszcze bywa?
- Bywa, aktualnie jest, tylko wyszła...

Ciekawe czy powstanie z tego wiersz?

poniedziałek, 16 listopada 2009

Alejka


Podniósł wzrok znad wyników
Światło południa szeleściło liśćmi na białej ścianie

Nic pani nie jest
Powiedział strzepując z dłoni
Za długie rękawy koszuli

Na to się żyje
Nawet do trzydziestu
Oddechów na minutę

Trzeba tylko jeść
Węglowodany witaminę C
Pić jedynie w wypadku ludzi
Wartych ostatniego kieliszka
Do dna trzewi
I spać
Tuż po tym jak sufit przytrzaśnie powieki
Dobrą pointą
Wiersza o długim terminie przydatności

Proszę też pamiętać o szaliku
Chłodno dzisiaj

I jakoś pójdzie...
Nawet jeśli tylko na spacer
Wąską alejką roztargnienia

Poetycka niespodzianka


Dzisiaj dostałam prezent od Marka Piechockiego, za co serdecznie dziękuję.
Wybrałam sobie na razie dwa wiersze, które tutaj zamieszczę (mam nadzieję, że autor nie ma nic przeciwko temu), abyście także mogli poczytać. Takie podzielenie się słowem. Powtarzając za Szymborską, że ludzi, którzy lubią poezję będzie ze dwie na tysiąc, to należy te dwie szczególnie chronić. A Marek Piechocki poezję kocha. To widać.
***
30.
(miejska)

Przesiaduje teraz na ławeczce pod blokiem
/nigdy nie miał na to czasu/

Mówi mi że bardzo słabo widzi

Sięga do koszyczka z truskawkami
wybiera je długimi jak u pianisty palcami

Wychudzona dłoń ramię
koszulka jakby o dwa rozmiary za duża

Mówi mi o szpitalu
że to tylko czasowa zmiana metabolizmu
wypisany do domu ma dużo jeść

Rozmawiałem z jego synem
wie o rokowaniu
- "tak, do sześciu miesięcy, proszę pana"

***

A ja
w szukaniu ciągle

Wyostrzam zmysły
podwajam czujność

Porannie nie pojawia się
ona
ze snów

Nie zapala dnia

***
JESZCZE ŻYJEMY

Jedni odmierzają życie starannie

Inni są jak ptaki

A poeci?

Ważą słowa nadają im odmienny
niż w bytowaniu sens

Tak więc wzlatują

Jak ćmy

***

ROŚLINA

Jeszcze nic nie wiem o bólu

...i o czasie
kiedy w czlowieku
żyją
tylko oczy

***
(satyr z oczami dziecka)

Jeszcze raz uwierzył
słowom opadaniu rzęs

Teraz w odwrocie
                                                                                                    Z. M. Piechocki

sobota, 14 listopada 2009

Mucha


Wiedział że kiedyś nadejdzie ten dzień
Czas się zwinął jak kłębek włóczki
Który Matka trzymała w koszyku pod łóżkiem

Matka miała szczęście
Umarła młodo
Nawet wspomnienia po niej nie posiwiały

A on właśnie dzisiaj
Przez uchylone Drzwi
Usłyszał że jego ciało powoli odłącza się
Od kroplówki zwanej wolą życia

Nie słyszał nic więcej
Poza haustem fali dobijającej do brzegu

Na dziurawej tratwie pamięci odpływały
Ciepły dźwięk rozkrajanego chleba
Widok z okna na drugim piętrze
Zimne muśnięcie podłogi po przebudzeniu

Od teraz
Wolno mu wymawiać słowo nigdy
I żaden palec nie pogrozi drwiąco
W geście sprzeciwu

Wszystko co widział
To mucha krążąca wokół szpitalnej lampy

Jej zagubienie
Jego pewność
Mijały się po torach źrenic
Jak pociągi  na przeciwległych stacjach

środa, 11 listopada 2009

Linoskoczek


Wie dokładnie dokąd zmierza
Był tam wiele razy

Nie patrzeć w dół
Bo tam ludzie
Kobieta spotkana po latach w Media Markt
Przyjaciel o włos
Miłość dryfująca na brzytwie

Na szczęście w porę odwrócił głowę
Uratowało go spojrzenie wzwyż
Ku Gwieździe Polarnej

Nigdy więcej
Nie patrzeć w dół
Tam nie ma Wiliama Blake'a
I jeśli zapada zmierzch
To najtańszy

Jak wiele należy przegrać
By wygrać remis
Zwany świętym spokojem

Trzeba bardzo uważać
Żeby nie runąć w przepaść
Otwartych ramion

wtorek, 10 listopada 2009

"Piosenki z teatru" - Janda prywatnie


Pozwolę sobie na chwilę refleksji nad wczorajszym spotkaniem z Krystyną Jandą*. Spotkaniem niecodziennym, bo byłam na recitalu - "Piosenki z teatru". Właśnie, samo określenie tego występu sprawia trudność, bo recital to za mało, z kolei spektakl, monodram też nie do końca oddają klimat tego przedsięwzięcia. Na pewno jest to coś pomiędzy, pomiędzy grą aktorską, a intymnym przesłaniem. Agnieszka Osiecka powiedziała kiedyś o Jandzie, iż "jest w niej doskonała mieszanina sztuczności i autentyczności" i to połączenie sprawia, że nie można oddzielić tutaj sfery prywatnej od roli, bo Janda podobno gra nawet wtedy, gdy stoi na przystanku. Tym bardziej, że wszystkie wykonywane utwory były nierozerwalnie związane z bohaterkami przedstawień, z których pochodzą. Wieczór był zatem bardzo intymny, kobiecy i panoramiczny, bowiem ukazywał różne odsłony kobiecości. Począwszy od Elki, bohaterki "Białej bluzki" Agnieszki Osieckiej, która toczy walkę z tym jaka jest, a jaką by być chciała i często po powrocie z nocnego baru, rozmawia ze swoim uporządkowanym odbiciem. Przez Monikę z "Kobiety zawiedzionej" Simone de Beauvoir, która przechodzi różne etapy radzenia sobie ze zdradą męża - od próby przeczekania, po tęsknotę, rozpacz i pogodzenie się z sytuacją. W obu przypadkach i Elki i Moniki mężczyźni byli papierkami lakmusowymi ich uczuć i osobowości, natomiast na pewno Beauvoir sięga głębiej w kobiecą emocjonalność i istotę. I w końcu ekscentryczna Marlena Dietrich, która bawiła się mężczyznami jak cygaretką w dłoni. Wszystkie role trudne i świetnie odegrane, mimo iż cały czas pamiętamy o prywatności przesłania.
Recital rozpoczął się od od krótkiego wstępu o realizacji przedstawienia (taka opowieść poprzedzała każdą część), po którym nastąpiło "Tak się urodzić" Osieckiej znane szerzej jako "Sama chciała". Następnie publiczność mogła usłyszeć "Wariatka tańczy", "Widzisz mała" oraz piosenkę, która nie weszła do "Białej bluzki", gdyż powstała później - "Na zakręcie". To, co nie podobało mi się w tej serii, to statyczne wykonanie "Wariatki". Janda przez cały spektakl siedziała i o ile w innych utworach to nie raziło, to ekspresyjność tego tekstu moim zdaniem wymagałaby przyjęcia chociażby pozycji stojącej. "Wariatka" to jeden z lepszych tekstów autorki "Szpetnych czterdziestoletnich", bo zakłada wiele dróg interpretacyjnych - ośmieszenie, suchą relację lub właśnie zrozumienie odrzucenia, co poczyniła w swoim wykonaniu Janda. Ta wersja zawsze mnie zwala z nóg, tylko dodałabym właśnie trochę ruchu. Poza tym czasami zostają zmienione słowa na inne, niż w wersjach oryginalnych. Tak się stało ze słowem "rozlubić" na "rozkochać" w "Tak się urodzić", moim zdaniem na niekorzyść, bo "rozlubić" jest bardziej dyskretne, niedomówione i ładniej śpiewa.
W drugiej serii  mogliśmy usłyszeć polskie tłumaczenia piosenek francuskich w przekładach Wojciecha Młynarskiego i Jeremiego Przybory. Począwszy od nastrojowego "Szabadabada", dynamicznego "Moje życie, twoje życie", lirycznego "Jak to było?" i groteskowego "To jest to" po spokojne "Jeśli ty nie istniałbyś", "Parasolki z Cherbourga", kończąc refleksyjnie na "Jak ten śnieg pada", którego pointa - "nie ma śladu po śladach" była przygotowaniem do optymistycznego "Jest fantastycznie". Dramaturgia tej części również osiadała lekko na scenie, jak śnieg. I w końcu "Marlena" wyśpiewana z lekkim przymrużeniem oka, nutą groteski i uśmiechem w "Ach, blond maleństwo", "Johnny" oraz tekście "Najbardziej leniwa dziewczyna w mieście", przetłumaczonym przez Wojciecha Młynarskiego w dziesięć minut. Ten tekst zakończył recital, ale, że publiczność wywołała aktorkę ponownie na scenę, to dane było nam jeszcze usłyszeć "Jesienne liście".
Krystyna Janda to klasa sama w sobie, co podkreślały jej interpretacje, wypowiedzi oraz strój - klasyczny, czarny. I mimo, że sama wspomniała, iż wybierając gwiazdę piosenki światowej, którą chce zagrać, gdzie oprócz Marleny brała pod uwagę chociażby Edith Piaf czy Juliette Greco, chciała uciec od klasyki i marudzenia ze sceny, to w jakimś stopniu sama się w tę klasykę wpisała. I to w najlepszym stylu. I chociaż nie lubię słowa wykwintny, bo kojarzy mi się z "elitą", której na dodatek obecnie już nigdzie nie ma, to ten spektakl właśnie był taki - "wykwintny", wyważony, po prostu dobry.
___________________________
* Spektakl "Piosenki z teatru" w wykonaniu Krystyny Jandy, miał miejsce 09.11 w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu
fot. www.teatrkochanowskiego.art.pl

niedziela, 8 listopada 2009

Kraków


          Agatce, wspominając...

Miasto leniwie opada na mgłę
Jeszcze przed chwilą go nie było

Zaspana karawana dorożek
Czeka na zakochanych i dzieci
Tato na pewno zapłaci
Za pierwszy Kraków w roześmianych oczach

Hejnalista macha do turystów
Górnym C

Kobieta chowa w płaszczu z gołębi
Wczorajszą bułkę
Za kilkanaście okruchów
Odejdzie w ciemną szczelinę ulicy
Rozciąga zatem czas jakby miąższ był świeży
Jeszcze ciepły

Kolorowy tłum
Jak chorągiewki w lunaparku
Łokciami rozpycha się śmiech

- Jeśli raz zgubisz to miasto
Nigdy go nie znajdziesz zapamiętaj-
Słyszę w tramwaju

Zza szyby w galerii
Mrugają kamienie zaklęte w biedronki

środa, 4 listopada 2009

"Ocean wolnego czasu - Kraków"

Wyjeżdżam na  odczarowywanie Krakowa.
Może spotkam dorożkarza z dorożką zaczarowaną, to przywiozę wspomnienie.
Do poczytania w niedzielę!

poniedziałek, 2 listopada 2009

Everest

Dlaczego jesteś taka pognieciona?
Pyta Tomek przeciągając drobną dłonią po policzku
Babci

Jak wytłumaczyć
Operację na otwartym życiu
Zakończoną częściową amputacją młodości

Przekrój poprzeczny wykazał
Dwa obozy
Jedną miłość taką naprawdę
Trójkę dzieci
Dom na przedmieściu

Niekontrolowany przyrost pamięci
Jeszcze nie sięga miazgi

- Jestem już stara - odpowiada w końcu

Tomek wdrapuje się na kolana Babci
Swój pierwszy Everest

Buzia umazana malinami zwycięstwa
Przegląda się w dwóch słońcach
Wschodzących znad okularów

niedziela, 1 listopada 2009

Pierwszolistopadowa zaduma ( zasłyszane nad grobem)

...- Tak, teraz jem same ogórki, dieta taka. Ciągle głodna jestem.- Minus pięć stopni?! A ja rano głowę umyłam i nie suszyłam, bo to szkodzi włosom, teraz to na pewno chora będę...- Masz rację, duże te znicze, za osiemnaście pięćdziesiąt były, to chyba dobre, długo się będą palić. - A wiesz, że Majka myślała, że Fifulinka to zdrobnienie...Nie wiem, od Florentyny chyba.- To mój szwagier, poznaliście się już na chrzcinach u Cześki. - Ładnie tutaj, dobre miejsce na grób - blisko do bramy i parkingu, no i drzewa szumią, nie Marcin? - Na ten koncert w środę to raczej nie pojadę, muszę projekt skończyć, a tak liczyłam, że wreszcie razem się gdzieś wybierzemy. No ja wiem, że tutaj, ale tutaj to tak mało rozrywkowo, że tak powiem i usiąść nie ma gdzie. Chyba przymrozek puszcza, bo ławka cała mokra. - Wszystko? - Tak, chyba wszystko, chodźmy więc. Dobrze, że się spotkaliśmy i chwilę porozmawialiśmy, bo następny raz to chyba za rok...Chodźmy, bo wieje i ciepło ucieka z rąk.

sobota, 31 października 2009

Halloween


-Daj cukierka
 Umorusany chłopczyk w masce
 Ciągnie mnie za rękaw
-Daj
 Za duszę
 Babci

 Babcia w kostiumie biedronki
 Przechadza się po parapecie

 Głodne oczy chłopca
 Jak dwa obole
 Błąkające się po pokoju

piątek, 30 października 2009

Blog


Literatura szybkiej obsługi
Kanapka zwierzeń
Wersyfikacyjne dodatki
Czasami niespodzianka
W chińskim ciasteczku szczęścia
Na deser
Surowy osąd na ostro
zapijany Eliotem
Okienko na świat
Czynne całodobowo

środa, 28 października 2009

Pamięć skóry


Można czytać i tak
Błądząc palcami między wzgórzami liter
Jakby zdobywając alfabet Braile'a
A przecież wzrok sokoli
Tylko ta czułość rąk
Obejmujących słowa
Jak filiżankę Rosenthala
By móc uwierzyć trzeba dotknąć
Pamięć skóry koncentrycznie śmiała
Jak kamień podróżujący w głąb jeziora

wtorek, 27 października 2009

"Sefer"


Tym razem będzie o powieści Ewy Lipskiej. Do przeczytania zachęciły mnie, przekornie, mało pochlebne recenzje tej książki oraz spokój poetki podczas dyskusji, który jednoznacznie wskazywał na świadomość napisania wartościowej książki. Nie wiem na ile takie odczucie sprawdza się w przypadku wypuszczonych spod własnego pióra zdań, bo z pewnością daleko mu do obiektywizmu, ale zwykle jesteśmy w stanie przecież na siebie spojrzeć krytycznie.
Szczerze to zamieszanie wokół Sefera przypomina mi premierę filmu Źródło Aronofskiego i zalew niepochlebnych recenzji bez wgłebienia się w istotę obrazu, który w rzeczywistości jest genialny.
Raczej nie piszę o książkach, bo jestem zdania, że książki trzeba czytać przede wszystkim, ale tej akurat należy poświęcić chwilę, a może nawet więcej.
Sefer mnie urzekł. Biorąc pod uwagę, że autorka jest poetką i to w dodatku niezłą poetką, nie spodziewałam się w żadnym wypadku klasycznej fabuły, która bądź co bądź powinna gdzieś czytelnika doprowadzić. Tutaj wszystko jest fragmentaryczne, porwane, niekompletne. Tak jak czysty proces myślowy każdego człowieka, którego rejestracją jest właśnie ta powieść. Nikt z nas nie ma w głowie poukładanych szufladek, często myśli się przenikają, gonią, przepychają i Lipska próbuje za tym chaosem nadążyć i jeszcze go zapisać. Z bardzo dobrym skutkiem, jak sądzę. Widzę w tej powieści Joyce'owski strumień świadomości oraz schulzowską kompozycję szkatułkową, gdzie jedno skojarzenie pociąga za sobą kolejne, co w konsekwencji tworzy ciąg zdarzeń, walcujących w czasie i odkrywających istotę bohatera.
A główny bohater - Sefer - nie ma twarzy. Czyli jest każdym - mną, Tobą, kawałkiem jego. Na okładce powabny melonik osadza się na barczystych ramionach. W postać wpisane są: fajka, kieliszek, ptak i klucz. Te dwa pierwsze elementy to przyjemność i uspokojenie; ptak - coś co uskrzydla...Sefera uskrzydlają słowa, to na pewno, poza tym ludzie, którzy są jego papierkiem lakmusowym i dzięki którym możemy go poznać. Jest też klucz, do szyfru, który każdy musi znaleźć sam. I jest pewność, że takowy szyfr istnieje, co podkreśla jedna z uczestniczek rozmowy. Sefer to przecież też księga, którą każdy z nas jest. I być może właśnie dlatego cztery najważniejsze elementy zostały wyryte na torsie postaci, niczym dekalog na kamiennych tablicach.
Oczywiście jest też tło - Wiedeń i Kraków zdegradowany z magicznego do zwykłego miasta, poprzez uwypuklenie krzywych chodników czy przecenionych zajączków na wystawie Rosenthala, zamiast chociażby ekskluzywnej zastawy.  I dobrze, bo każde miasto ma swoją ciemną stronę. Zapewne porównanie do Ulicy Krokodyli, jest tutaj nadużyciem, ale wędrówka bohatera od razu nasunęła mi to skojarzenie. Ale już sama podróż w głąb miasta i samego siebie - istnie schulzowska.
Dla mnie Sefer, to powieść frazowana, której siłą jest poezja, a ramą proza. Kompromis, którego poszukiwał Miłosz, tutaj się odnalazł i rozgościł. I tylko w takiej formie genialne sformułowania jak: Trudno w miejscu gdzie nie ma słów, stworzyć zdanie; czy rozmowa na poczcie: - Nie nudzi pani ta praca - zapytał listonosz, - Nie, dlaczego? Codziennie przecież inna data - mają rację bytu. Na pewno nie da się wobec tej pozycji przejść obojętnie, we mnie nadal ona dojrzewa, jak każde poetyckie spojrzenie Ewy Lipskiej na to co już znane, a przecież wciąż nie dopowiedziane.

niedziela, 25 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część szósta)


No to miała towarzysza. Teraz musiała się przyzwyczaić do nocnego drapania w drzwi i zamykania się w sypialni na czas snu. Tej pierwszej nocy, kiedy kot wślizgnął się do jej życia, zapomniała o dokładnym zaciśnięciu klamki i zanim się nie obejrzała, jej stopy otuliło coś miękkiego i ciepłego. Nie lubiła bliskości, na którą nie była wcześniej przygotowana i poczuła się obco we własnym łóżku. Zaniosła więc delikatnie usypiające zwierzątko na prowizoryczne posłanie w przedpokoju i wróciła, tym razem pamiętając o drzwiach. Długo nie mogła zanurzyć się w sen, noc kołysała się jak rozhuśtany dzwon, co chwilę szarpiąc ją za powieki. Wracał do niej nieustannie jeden obrazek z dzieciństwa, kiedy będąc wspólnie z rodzicami na działce ciotki, wybrała się na samotny spacer topniejącymi, pierwszymi oddechami wiosny, alejkami. Zaciągała się łagodnym już powietrzem, które pachniało świeżością. Do dzisiaj nie umie tego wytłumaczyć, ale tak pachnie tylko zapowiedź marca. I tak włócząc się bez celu, zobaczyła samotną altankę w opuszczonym ogródku. Sądząc po bujnej roślinności, która sięgała jej dziecięcych ramion, dawno nikt tutaj nie zaglądał. Podeszła do drewnianego domku i rękawiczką przetarła brudną szybę. W środku nie było nic szczególnego, jakieś narzędzia, bujany fotel, dziurawy słomkowy kapelusz. Ale kiedy tak błądziła wzrokiem po zaciemnionym pomieszczeniu, ujrzała coś dziwnego. Nad krzywą półką  z zakurzonymi słoikami siedziały biedronki, cale mnóstwo biedronek. Odeszła od szyby i spojrzała raz jeszcze, ale one nadal tam były. Nic jej się nie wydawało. Trzeba je wypuścić - szybko podjęła decyzję. Zaczęła zatem szarpać za klamkę, ale drzwi były dobrze zamknięte. Obeszła dokładnie cały domek, aby sprawdzić czy gdzieś nie ma wyjścia, poluzowanej deski, lub najlepiej - dziury...Znalazła - otwór był zasłonięty taczką wysypaną ziemią. Skuliła się jak najmocniej i przechodząc pod nią na kolanach, znalazła się w środku. Wnętrze nie zachęcało do pozostania na dłużej, było tam wilgotno i pachniało stęchlizną, tym bardziej poczuła, że musi uwolnić owady jak najszybciej. Otworzyła więc okno i zaczęła przeganiać rozbudzone biedronki. Część faktycznie uciekła natychmiast, a pozostałe za nic nie chciały oderwać się od ściany, może po prostu po tak długim zimowaniu stały się jej częścią. W każdym razie opuszczała altankę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Dzięki niej biedronki nie przegapiły tamtej wiosny, kto wie może nawet były jej za to wdzięczne.
A teraz ten kot...Otrzymała jakąś misję ratowania zbłądzonych stworzeń, chociaż wcale tego nie chciała. Cały czas ma wrażenie, że ktoś jej płata figle, stawiając na drodze istoty, będące lustrem, w którym przeglądając się widzi siebie najprawdziwszą z możliwych. Uśmiechnęła się na myśl, że historia z biedronkami mogłaby z powodzeniem stać się częścią filmu "Sztuczki", bo też wpisuje się w przypominanie świata, którego już nie ma. Tak samo jak trzymanie zaciśniętych kciuków w strugach deszczu, uwalnianie biedronek jest przecież niemodne...

piątek, 23 października 2009

Drugi człowiek


Aniołów nie ma
Jest drugi człowiek
Z drogą jak wstążką rzuconą pod wiatr

czwartek, 22 października 2009

Ona II



Nie byłaby dobrym szpiegiem
Jej nieobecność zawsze pełna śladów
Tak się nie znika tylko odchodzi
Powoli w skupieniu
Dbając o szczegóły
Jeszcze tylko rozsypać zapach na fotelu
Zapomnieć swetra
I odłożyć kubek w nie swoje miejsce
Fioletowy szal
Jak dmuchawiec na wietrze

poniedziałek, 19 października 2009

Afryka

(fot. National Geographic)

- W tobie płynie afrykańska krew- powiedziała mi kiedyś Magda.
- A to czemu? -zapytałam.
- Bo ty zawsze masz czas...
***
To prawda. Mam w sobie Afrykę. Ona we mnie pulsuje i dojrzewa. Mam w sobie smaganą zdyszanym wiatrem sawannę, głodne hieny przemierzające mile z instynktem na czubku języka, dzieci czepiające się turystów jak matek, których dawno nie widziały; chłodną noc i oparzone południe pozostawiające czerwone opatrunki na skórze...Mam brak wody i radość odnalezionego źródła. Mam wreszcie siebie, bo tam ja jestem najważniejsza.
***
W świecie fascynuje mnie wszystko, co pierwsze. Chłonę ludzi, którzy nie znają swojego odbicia i na zdjęciu pierwszy raz widzą siebie, i nie mogą uwierzyć, i nie wierzą. Tych, co z puszki po Coca-Coli robią naszyjnik, bo do czego innego mogłaby służyć? Ludzi, którym potrzebna jest jedynie świadomość dnia i nocy, bo czas jest zawsze, dla każdego, na wszystko. I jeśli tylko oprócz tej wiedzy mają śniadanie na jutro, są szczęśliwi i mówią o tym otwarcie. Chciałabym chociaż raz zanurzyć się w tej rzeczywistości i zobaczyć jak bardzo się różnimy i jak mocno można zapomnieć siebie, mimo rozpoznania w każdym napotkanym lustrze świata.
***
Dzisiaj zorientowałam się, iż posiadam też pierwiastek islandzki, bo wierzę w elfy i ta wiara mnie upoważnia do małej, prywatnej przynależności do kultury islandzkiej. A wierzę, nawet jak elfy same w siebie nie wierzą i pomimo ich niewiary we mnie.

piątek, 16 października 2009

Pan Zet


Był znajomym mojego Dziadka, mieli obok siebie działki. Takie luźnie koleżeństwo, ograniczające się do rad na temat mszyc, szczepienia drzewek, podcinania gałęzi. Czasami obdarowywali siebie zbiorami, które obrodziły za bardzo i jakoś trzeba było temu zaradzić. Ja pamiętam go jako zaniedbanego, mocno opalonego, starszego pana, który często popijał owocowe wino pod  którymś z rozłożystych drzew. Kiedyś wydawało mi się, że tak wygląda człowiek szczęśliwy, dziś wiem, że tak wyglądał człowiek samotny. Lubiłam go, zwykle moje odwiedziny u Dziadka kończyły się także drobnym prezentem od niego, w postaci papierowej torebki pełnej wiśni, czy kilku gruszek. Ale to było dawno, potem człowiek nagle zniknął. Jego i tak mało wypielęgnowaną działkę, porosły chwasty i wszystko powoli zaczęło obumierać. Do mnie doszła wiadomość, że Pan Zet nie żyje, ale nikt nie wiedział tego na pewno, bo nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Posługiwano się pseudonimem, który człowiek przywiózł ze sobą chyba jeszcze z  wojska, jako jedyną pamiątkę i cały dobytek.
I właśnie wczoraj zobaczyłam go na ulicy. W niczym nie przypominał tego wyprostowanego, krzepkiego człowieka, jakim go zapamiętałam. Zgarbiony, stawiał kroczek za kroczkiem jakby bawił się w dziecinną zabawę i odmierzał stopami odległość, jaką pokonuje. Przed sobą pchał wózek, który jednocześnie służył mu za oparcie. Tym razem ubrany był schludnie, nawet porządnie, ale sądzę, iż zamieniłby ten wygląd na chwilę beztroski pod ukochanym drzewem. To spotkanie mnie ucieszyło, bo nic bardziej nie zaskakuje niż śmierć, która jest tylko plotką. Jednocześnie jednak uświadomiłam sobie, że pokolenie moich Dziadków odchodzi na dobre; ludzie słabną, bledną, aż w końcu znikają zupełnie. Za chwilę jedynie zasłyszane wspomnienie wojny, zapach naftaliny, czy smuga "Warsa" po goleniu w autobusie przypomni, że jednak byli i to spojrzenie wstecz zaboli tak samo, jak zapewne Pana Zet świadomość, że już nigdy nie przejdzie się alejką pośród wiosenniejącego bzu.

Parasol


Trzymała się go z całych sił
Ale most wypuścił ją z objęć jak motyla
Który za długo gościł w dłoniach
Była już tylko ostatnią zbędną kroplą -
Zwiastunem słońca
Po burzy która już tylko wspomnieniem
Niebieski parasol
Jak żagiel na chmurnym morzu

środa, 14 października 2009

Podróż Za - Kochanie


Kiedy otworzył ramiona
Poczuła się jak płomień świecy zdmuchnięty przez wichurę
Była lżejsza od smugi brunatniejącego światła
Lżejsza od siebie szczęśliwej po raz pierwszy
Gdy dziecięcy latawiec na palcach posłusznie wspiął się na szczyt
Źrenic
"Chcę oliwną być gałązką podnieś mnie i leć" -
Śpiewał w radiu Zembaty
Nawet nie zauważyła jak zniknęli za horyzontem

poniedziałek, 12 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część piąta)


Znalazła go przypadkiem w kieszeni płaszcza. Kiedy po raz pierwszy ubrała go po letnim leżakowaniu w ogóle nie zwróciła uwagi na drobny przedmiot, a może nie wkładała rąk do kieszeni... Już nie pamięta. Na pewno się śpieszyła, jak zawsze rano i z uwagi na coraz dotkliwszy chłód ubrała się cieplej. Po pracy, już na spokojniej, zaczęła szukać ostatniego wyciągu z bankomatu i błądząc palcami po miękkiej podszewce kieszeni, pomiędzy biletami a zmiętymi chusteczkami, znalazła różowy koralik. Uśmiechnęła się do siebie, bo od razu przypomniała jej się "Karolcia" i magiczna moc spełniania życzeń. Ona nie miała ich zbyt wiele i na pewno by zdążyła zanim plastikowa kulka straci kolor i swoją moc. Nie miała pojęcia skąd to się mogło wziąć w jej kieszeni. Praktycznie nie nosiła biżuterii, czasami tylko delikatne naszyjniki lub bransoletki, ale kompletnie nie przypomina sobie żadnej z różowym dodatkiem. Nie był to jej kolor. Może kiedyś znalazła i odruchowo schowała? Ale to też wydało jej się mało prawdopodobne - nie podnosiła pieniędzy, a schyliłaby się po kawałek plastiku? Nie zastanawiając się dłużej schowała koralik z powrotem do kieszeni i wyszła. Jak widać kulka nie miała magicznych właściwości, bo dwa bankomaty po drodze były nieczynne i musiała odstać swoje w kolejce do banku, a gdy przyszła do domu zastała ociekający wodą sufit. Sąsiad uśmiechnął się przepraszająco, powiedział, że zapłaci za malowanie i tyle go widziała. Zmęczona opadła na fotel. Nagle usłyszała lekkie drapanie za oknem. Pomyślała, że gołębie znów buszują na jej parapecie, dlatego nie podnosiła się, zwłaszcza, że na powieki zaczął opadać sen. Niestety drapanie nie ustawało i na dodatek zaczęło mu towarzyszyć mruczenie. Podeszła więc do okna, a na parapecie ostatkiem sił wisiał kot, właściwie koci dzieciak...coś go musiało wystraszyć, albo pogonić i uciekł przed siebie nie bacząc na to, że jakoś będzie musiał wrócić. W sumie uciekać jest znacznie łatwiej, niż wracać  - pomyślała. Nie miała zwierząt. Po pierwsze dlatego, że często wyjeżdżała i nie chciała ich skazywać na samotność, a po drugie lubiła zadbane mieszkanie, bez ingerencji kogoś obcego, nawet gdyby to miał być żółw. Ale kot sam ją znalazł. Może instynktownie wybrał kogoś komu najmniej zdezorganizuje świat i kto też właściwie się zgubił. Zabrała więc zziębniętego i wystraszonego malucha zza okna, przykryła kocem i ułożyła na tym samym fotelu, na którym jeszcze przed chwilą była sama, bez najmniejszej myśli o zmianie. Miejsce jeszcze letnie od jej zmęczonego ciała teraz zajmował nowy towarzysz. Wróciła się do przedpokoju, aby sprawdzić, czy koralik nadal jest w jej kieszeni. Był, ale jakby trochę bledszy...

niedziela, 11 października 2009

Mneme


"Nie będę twoją muzą" - powiedziała i odeszła
Nawet nie wyciągnęła skrzydeł
Patrzyłam jak znika za furtką zmierzchu
W granatowym płaszczu i z niewielką torbą
Już po chwili rozpuściła się w gęstej zawiesinie ulicy
Nikt by się nawet nie domyślił
Nikt się nie obejrzał
Zabrała swoją pamięć
Jak wiązankę konwalii
A przecież od początku mogłam jedynie nieudolnie naśladować
Zszywać skrawki chwil w patchworkową opowieść
Która już nie Jej a nigdy moja
Bezpańsko radosna
W Domu Spokojnego Obumierania

sobota, 10 października 2009

Agnieszka*


W ludziach fascynują mnie przede wszystkim dwie rzeczy: niedojrzałość i tajemnica. Agnieszka Osiecka była kwintesencją obydwu.
Jeśli miałabym wybrać osobę, która mnie ukształtowała i która dała mi jeden z ważniejszych kluczy do świata, to byłaby to Agnieszka.
Znamy się tyle lat, więc możemy sobie mówić po imieniu.
Pisząc w "Rozmowach w tańcu" o jednej ze swoich ciotek, autorka wspomniała, iż tacy ludzie "pojawiają się tak rzadko jak kometa", śmiem twierdzić, że tacy jak Agnieszka pojawiają się rzadziej, a kto wie może nawet nigdy więcej kogoś na taką miarę nie uświadczymy.
Oczywiście można tutaj zarzucać alkohol, nie-rodzinność czy rozwijanie się "przez zdradę", ale każdemu można coś wypomnieć, a poza tym jestem wrogiem przekładania życia innych na swoje, a już na pewno poetów na takowe przełożyć się nie da. Dlatego też nie o tym chciałabym napisać w swoim wspomnieniu, bo tak naprawdę najważniejszą jest wrażliwość, ta wrażliwość, która pozwala na skondensowanie chwili, zdarzenia czy nawet świata w jednym wersie lub piosence. No ale to przywilej poetów, że potrafią obrócić rzeczywistość podszewką do góry i pokazać nam to, czego dotąd nie widzieliśmy. Dlatego biedronka opisywana tyle razy, na tysiące sposobów, zachwyca po raz kolejny świeżością spojrzenia.Tutaj jednak jest jeszcze coś - Osiecka była jedyną, która wyrosła z tradycji międzywojnia i przy niej wiernie trwała, przeplatając ją ze współczesnością. Dzisiaj tak się już nie pisze i mając na myśli autorkę "Białej bluzki" jest to stan faktyczny. Ponadto taniec też wyniesiony od Skamandrytów przetaczał się przez te mniej i bardziej poważne piosenki. Taniec na lodzie, taniec kilka cm nad ziemią, ale zawsze elegancki, zgodny z etykietą i zapisany w karnecie. Myśląc o Agnieszce zawsze widzę dystyngowaną damę z figlarnym błyskiem w oku i butelką wina, damę wrzuconą we współczesność, w której za nic nie umiała się odnaleźć. Błądziły, uciekały też Jej bohaterki, zawsze dziewczyny, bo one przecież nigdy nie dojrzewały, te które potrafiły żyć tylko w ogniu, a że chwila choć piękna trwać nie chce, to trzeba było zabierać walizki i ruszać w kolejną podróż do Łodzi, Kutna, innego mężczyzny, którego obowiązkiem jest podarować wybrance "przedostatnie niebo" i "małą złotą furtkę". Bajka stworzona na potrzeby każdego z nas i samej poetki także.
Lubię Innych Ludzi. Ona była Inna.

To jeden z moich ulubionych wierszy:

Sowa patrzy,
ptaszek się boi sowy.
Mysz się jej boi
i cała ogromna noc...
też...
Też trochę boi się sowy.
A kogo boi się sowa?
Biała osoba z piór,
mieszkanka lotniska w Miami?
Ba! Sowa boi się lustra.
Ona jeszcze go nie zna,
ale przeczuwa je.
Sowa przeczuwa lustro.

                     /Sowa patrzy/
 ...i ja się boję lustra.
_________________
* 9.10 minęła 73. rocznica urodzin Agnieszki Osieckiej.

czwartek, 8 października 2009

Pamięć Herty Muller

Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury przyznano dzisiaj Hercie Muller.

"Myślę, że Komitet Noblowski, podkreślając bezpośredniość jej prozy, miał na myśli niezwykłą precyzję w operowaniu szczegółem. Poprzez detal Herta Müller stara się maksymalnie zbliżyć do rzeczywistości. Z poszarpanych, porwanych szczegółów układa świat - taki, jakim go postrzegamy. Zachwyca mnie, jak używa języka. Z jednej strony jest on przepiękny, niezwykle obrazowy, z drugiej - potrafi głęboko zranić. Dotyka do żywego, nie służy opisowi, dosłownie wywołuje emocje. Ale w jej pisarstwie zawarta jest także zimna, klarowna analiza."

/Katarzyna Leszczyńska/
***
Kiedy Paul pyta mnie o mojego pierwszego męża mówię:
- Wszystko zapomniałam, nic nie pamiętam.
Myślę, że mam więcej tajemnic przed Paulem niż on przede mną. Lilli powiedziała mi kiedyś, że tajemnice nie znikają, gdy się je opowie; to, co można opowiedzieć, stanowi tylko powłokę nie sedno. Może jedynie przy niej, jeżeli niczego nie przemilczam, jestem blisko sedna.

/Dziś wolałabym siebie nie spotkać/ 

Lubię takie pisanie - trudne i dosadne, nie oszczędzające ani czytelnika, ani samego siebie.
Zawsze też rozczula mnie tytuł "Sercątko".

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część czwarta)


Ją także dopadła jesień i bynajmniej nie było to przyjemnie spotkanie. Być może to wszystko z umiłowania ciepła, które powodowało, że marzła nawet w chłodniejsze dni lata i starała się zawsze mieć przy sobie sweter, tak na wszelki wypadek. Sweter czarny z kapturem, przywieziony z którejś podróży. Był pamiątką i jednocześnie odnosiła wrażenie, że nie przepuszcza zimnego powietrza, czuła się w nim jak w kokonie uwitym na miarę, prawie tak samo jak w dzieciństwie, kiedy wtulała się w Borka. Jesień pozostawiała w niej dziwne uczucie, podobne do tego jak raz w życiu wypaliła jednego, jedynego papierosa. Zachłyśnięcie i długa niemożność złapania pełnego oddechu. Tylko tamto po kilku minutach przeszło, a to potrwa przynajmniej do wiosny. Jako antidotum wciąż miała Barcelonę, która jeszcze krążyła w żyłach, jak dobry, mocny alkohol. Uspokajała i zajmowała pamięć, bo ta czasami płatała figle i ni stąd ni zowąd wypuszczała z siebie obrazy sprzed kilku lat, o których ona tak bardzo chciała zapomnieć. Dlatego też starała się teraz wypełniać coraz krótszy czas, dzień się zawężał i dzięki temu był łatwiejszy do zniesienia. Wystawy, jakieś kino, w ostateczności film w TV. Raz nawet dała się namówić na spotkanie w większym gronie z ludźmi z pracy. Nie miała najlepszego nastroju, ale miała za to potrzebę utrzymywania poprawnych stosunków towarzyskich wyniesioną z domu, a wiedziała, że ta nieobecność może komuś sprawić przykrość, więc poszła. Już od dawna nikt nie trafił igłą w jej serce, więc nie szukała nowych znajomości, a jak takie się zdarzały to starała się utrzymać temperaturę uprzejmego chłodu, który zapewniał jej dostateczną ilość przestrzeni i względne bezpieczeństwo.
Dzisiaj było wyjątkowo ciepło, mogła zatem oszukiwać sama siebie, że jesień nie nadeszła, że jeszcze jest daleko. Otworzyła okno na całą szerokość i udawała, że zapomina dym z palonych liści, który zaplątał się w ciepłą strużkę powietrza.

niedziela, 4 października 2009

"Mamy poetę"


Literacka Nagroda Nike 2009

Eugeniusz Tkaczyszyn - Dycki

opowiem ci o śmierci w moim niedoskonałym
języku znanym z niedoskonałości
ale zanim opowiem ci o śmierci jak to
już robiłem dla wielu przed tobą
musisz mnie nazwać stosownie i zapamiętać
moje imię po dzień w którym zacznie się
ściemniać nad wszystkim czego się dotknąłeś
i wyzbyłeś raz na zawsze
wtedy opowiem ci o śmierci
wtedy opowiem ci głównie o sobie
nie zaczynaj z nikim przyjaźni
kto nie umie dawać w sytuacji bez wyjścia
/Piosenka o sytuacji bez wyjścia/
Za te dwa ostatnie wersy należą się wszystkie nagrody świata.

Kseniya Simonova


Kiedy podniosła ziarno piasku na wysokość oczu
Dojrzała w nim korytarz
Przybliżyła rozwarte źrenice
I zobaczyła drogę wśród jarzębin
Wyrzeźbioną z najdelikatniejszą precyzją
Na końcu drogi wznosiło się wzgórze
Z narysowanym krzywą kreską domem
I posiwiałą twarzą w oknie
Staruszka czekała tylko na nią
Obróciła więc ziarno
I kobieta już była młoda
Biegła przez łąkę z narzeczonym
Trzymali się za ręce
A wiosna wtedy była piękna
Zdolna Mała
Nie zapomniała nawet o bzach
Nie wiedziała że ma taką moc
Potrząsała ziarnem
A drogi rozwidlały się
Krzyżowały
Przetaczały się wojny
Dzieci oddzielano od matek
A tuż po nich na otwartych ranach ofiar
Wyrastały ławki z zakochanymi znów po raz pierwszy
Przestraszyła się
Wypuściła ziarno z rąk
Chciała nawet je obciąć żeby nigdy więcej nie zanurzać ich w piasku
Ale piasek zamieszkał w niej
Dojrzewał
Kłębił się
Przesypywał przez smukłe dłonie
Została wybrana by przypominać
Wszystko przecież z prochu powstało
I tam też wróci

Urodziny


Puste talerze po gościach
Wspomnienie tortu którego nie było
Egzotyczne prezenty jak dobra wróżba na jutro
Na kalendarzu nadal zaznaczona przedwczorajsza data
W niebieskiej ramce jak obrazek Warhola
A jednak się udało
Oszukać
Z zaspanego kieliszka mruga do mnie świt

piątek, 2 października 2009

Zaraz (zasłyszane podczas oczekiwania na obiad w barze)

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej...
                                         Czesław Miłosz

Uczestnikami rozmowy są kobieta i jej trzy-, czteroletni synek.

- Mamo, a ile to jest zaraz?
 - Zaraz to jest trochę dłużej niż już.
(chłopiec odczekał chwilę...)
 - Ale już minęło już, a pierogów dalej nie ma...

środa, 30 września 2009

Ona


Kiedy podcięła włosy
Powiedzieli jej, że jest mało kobieca
A ona wyjęła z kieszeni garść popiołu
Rozdmuchała
Zakołysała biodrami ziemia
Po smukłej talii drzew wspinały się owady
I nawet pękate słońce
Uwodziło do bólu źrenic
A jak wszystko ucichło
Zebrała resztkę szarego pyłu z brudnej podłogi
I zniknęła za białym prześcieradłem południa

poniedziałek, 28 września 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część trzecia)


Borek wrócił tylko raz w jej dorosłym śnie, kilka lat temu. Nie była wtedy w dobrej formie. Znowu wpadła w otchłań samej siebie, kiedy zamknęła się na kogoś na kim jej naprawdę zależało. Wybrała samotność i przez długi czas przekonywała siebie, że postąpiła słusznie; nawet dobrze jej szło, poznała nowych ludzi, jeździła w góry, chłonęła to życie w mikroskali takiej, jaką sobie wyznaczyła. Przeszłość jednak wracała; w przerwach między zgiełkiem miasta, a ciszą odludnego mieszkania; w przesmykach między kolejnymi myślami. Wówczas nie znosiła siebie, tych ograniczeń, których nie umiała przezwyciężyć. Kiedy się wydawało, że już może coś się uda zmienić, przeskoczyć, nadchodziła otchłań, która ją wyniszczała od środka, wydrążała z pozytywnych emocji i pozostawała niepokój, z którym przyszło jej się zmagać do dzisiaj. Wiedziała, że jest okaleczona, nie potrafiła tylko znaleźć źródła tego stanu, a może wolała nad tym się nie zastanawiać...Jej okaleczenie polegało na ucieczce przed dobrem, dawaniem w najczystszej postaci - bez oczekiwania czegoś w zamian. W takich sytuacjach zwykle czuła się niewygodnie, bo gdzieś tam kołatała się myśl o cenie i stale rosnącym długu. Ponadto zawsze wydawało jej się, że spotyka mężczyzn słabszych od siebie, a dopiero niedawno zrozumiała, że to może ona była za silna.
W każdym razie pewnej nocy wrócił Borek, był taki, jakim go zapamiętała - rozpromieniony psią radością (nawet raz pomyślała sobie, że psy nic innego nie potrafią poza byciem szczęśliwymi) w biegu ku niej. Ona patrzyła na niego jakby z góry, a Borek biegł i biegł, zorientowała się, że krąży w labiryncie ulic jakiegoś miasta. Nic dziwnego, że nie umiał się odnaleźć, był psem z gór i tylko w Białce Tatrzańskiej poruszał się swobodnie. Wiedziała, że chce dotrzeć do niej, ale nie potrafi znaleźć właściwej drogi. Ona go wołała z góry, ale pies chyba nie słyszał, natomiast wiedział, że jego pani gdzieś musi być. Kiedy tęsknota i zniecierpliwienie sięgnęły kresu - obudziła się. Jak zaczęła analizować swój sen, doszła do wniosku, że pod postacią ukochanego przyjaciela z dzieciństwa, pokazali jej się wszyscy ludzie, którzy próbowali do niej dotrzeć; też wiedzieli, że gdzieś musi być jej prawdziwa istota, sedno, które tak przyciągało, ale nie potrafili odnaleźć drogi -  może dlatego, że ona sama jej nie zna. Od lat ma wrażenie, że obraca się wokół własnej osi, więc wszelkie wskazówki nie miałyby sensu, a co gorsze - mogłyby sprowadzić innych na manowce.
Dzisiaj wróciło to wspomnienie - i snu i refleksji. Wyjrzała przez okno - późnowieczorny księżyc wyglądał jakby został uwięziony za szybą i próbował się stamtąd wydostać. Patrzyła na rozmazane, chropowate światło wydobywające się z ciemności i poczuła jakby noc ją przedrzeźniała, a może każdy ma swoją pułapkę w którą prędzej czy później wpada i trzeba jakoś z tym żyć?

Król


Czasami świat wypada z obiegu
I potem próżno go szukać
Mówili nieś ostrożnie
A ja na oślep biegłam w słońce
Podnoszę do ust szklaneczkę whisky
Dopijam
A na dnie zamiast twarzy
Widzę szachownicę z odpadniętej skóry
Na której po mojej stronie została wieża
I przetrącony wiatrem
Król

niedziela, 27 września 2009

Czarny kot


Nie wie co to pech
Po drugiej stronie ulicy dojrzał
Szpaka
Ze złamanym skrzydłem
Który na pewno nie ucieknie
Dlatego przebiegł
Pospiesznie

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część druga)


 (obraz Haliny Kulikowskiej, www.obrazy-olejne.pl.)

Kiedy usłyszała o melancholii Człowieka Północy, to pomyślała sobie, że też cierpi na melancholię, ale Człowieka z Gór. Może cierpi nie było tu najszczęśliwszym określeniem, bo lubiła takie momenty powrotu do dzieciństwa, które kojarzyło jej się z wolnością i złudzeniem panowania nad światem. Bo ten, z perspektywy sześcio- czy siedmiolatki, wydawał się naprawdę osiągalny. Jako dziecko była jak wiatr, chociaż z boku mogła być postrzegana jako grzeczna dziewczynka wśród rozkrzyczanej gromady urwisów. Tak naprawdę wyróżniał ją tylko strój, zawsze elegancki, jak u dystyngowanej uczennicy przedwojennej pensji - sukienki, płaszczyki, nawet rękawiczki. Dzieci stamtąd nie dbały o wygląd, zimę zwykle przechodziły w swetrach i z czerwonymi od zimna uszami. Poza tym tak było wygodniej przy zjeżdżaniu z górki, czy zabawach w podchody. W głębi swojego dojrzewającego serca była taka sama jak inni, wolna i szczęśliwa. Jak biegała po zakwitającym jabłkami sadzie czuła, że osiodłała świat i ten świat poprowadzi ją dokądkolwiek zechce. Najbardziej jednak lubiła wędrować. Kiedy tylko puszczał ostatni lód, a ziemia aż drżała z pulsującego tuż pod nią życia, które lada moment wykrzyczy wszystkimi kolorami o swoim istnieniu, wychodziła wczesnym przedpołudniem z domu i wracała przed zmierzchem. Zanim jeszcze zaczęła się dla niej szkoła i zupełnie inny rytm, mogła pełną piersią wdychać wiosnę, a ta w górach nie ma sobie równych. Pamięta też chudą Ankę, Cygankę mieszkającą po sąsiedzku, pierwszą przyjaciółkę od sekretów i od kradzionych wiśni. To dzięki niej kilka lat później potknęła się o chmury i wpadła w ramiona A. Potem ich drogi sie rozeszły, w sumie nawet nie zauważyły, że zaczęły żyć osobnymi sprawami. Coś się skończyło, ale ta znajomość pozostała w niej na zawsze. Los postawił na jej drodze kilka Anek, ale w każdej zawsze szukała tej najpierwszej z okna naprzeciwko, gdzie zza firanki wyglądały duże czarne oczy. Wspominając dzieciństwo nie może pominąć jeszcze jednego towarzysza - Borka, podpalanego kundla, który przyplątał się któregoś zimowego wieczoru pod próg ich domu i został. Nie mogła postąpić inaczej, skoro pies sam wybrał właścicieli. Wybrał, a potem nie odstępował ani na krok. Już nie pamięta czemu akurat takie wybrała imię, za to doskonale przypomina sobie zapach jego sierści, która wyślizgiwała się z pomiędzy palców jak u rasowych psów. Uwielbiał jeść, wbrew naturze, wszystko co kwaśne i gorzkie, może z przyzwyczajenia do życia, które dotąd tak smakowało. Odszedł tak samo jak się pojawił - cicho i niespodziewanie, po prostu zasnął na tym progu, na którym go znaleźli kilka lat wcześniej. Potem długo odwiedzał ją w snach, a gdy się budziła czuła na dłoniach miękkość opadającego skrawka jedwabiu.

piątek, 25 września 2009

"Melancholia Człowieka Północy"

W taki sposób o melancholii potrafi mówić i pisać tylko Paweł Huelle*. Melancholii, która wynurza się z chłodnego Bałtyku i wraz z niskim pułapem chmur osiada nad miastem osiem miesięcy w roku. Można ją nazwać również pragnieniem Południa.
Kwintesencją tego stanu jest zbiór opowiadań "Opowieści chłodnego morza", historie pełne odpływów i przypływów fal, łagodny taniec między epokami, ludźmi stąd i stamtąd, niesamowitymi zdarzeniami. Po przeczytaniu pozostaje powiew chłodu na skórze, smak morskiej soli w ustach oraz tajemnica niesiona przez niezwykłych przybyszów lub całkiem zwyczajnych ludzi.
Myślę, że do pisania jest niezbędna melancholia, bo zawsze za czymś się tęskni. Ludzie z Północy marzą o Południu, ci drudzy pragną morza, a jeszcze inni  - miejsc łączących i jedno i drugie. Melancholia pisarza i melancholia bohatera, która pozawala nam zanurzać się w niego i odkrywać te pragnienia czasami ukryte tak głęboko, że aż dla niego samego obce.
Dlatego właśnie lubię pisać.
________________________________

* spotkanie z Pawłem Huelle odbyło się 24.09 w Bibliotece Pedagogicznej w Opolu.

czwartek, 24 września 2009

Szczęście (zasłyszane podczas spaceru)

Rozmowa dwóch wychudzonych koneserów tanich win, obywateli świata:

-...rum, mówię ci. Z pięćdziesiąt złotych kosztował.
- Ty a skąd ten rum miałeś? Napiłbym się. Kurwa. Nawet na piwo dzisiaj nie starczy.
- Kobita mi kupiła. Ja mam siedemdziesiąt groszy.
- Ty to masz szczęście w życiu stary, ty to masz szczęście...

środa, 23 września 2009

Babie Lato


Nabrzmiałe słońcem chmury
rozbierają się do snu
zimowego

poniedziałek, 21 września 2009

Królowa Śniegu


Tak ją potajemnie nazywali. Kiedy usłyszałam po raz pierwszy o niej, jako o Królowej Śniegu pomyślałam, że żadna inna nazwa nie pasowałaby bardziej. Była w niej jej powaga, dystans i swego rodzaju szklistość spojrzenia, które nie zdradzało ani kawałka duszy. Niewidzialny parawan z zakazem wstępu. Mówiono o niej, że jest trudna w kontaktach, że umie uzyskać od innych, co tylko chce, a sama nie dopuszcza do siebie nikogo. Ja nigdy nie odbierałam jej w ten sposób, aczkolwiek przy pierwszym spotkaniu zrobiłam odruchowo krok w tył, czując, że ta osoba będzie mnie w przyszłości pilnie obserwować. Ja też obserwuję stąd typowe dla fizyki odpychanie. Niemniej jednak jest piękną kobietą o nietypowej, wyrazistej urodzie. Podczas jednego z wspólnych wyjazdów zaintrygował mnie fakt, że o ile wszyscy robili tam zdjęcia wszystkim, o tyle ona była na niewielu i to uchwycona jakby przypadkiem - w tłumie lub z daleka. To potwierdziło tylko moje przypuszczenia, że budzi w innych mniej lub bardziej wyczuwalne obawy.
Być może umie szybko i celnie oceniać ludzi, może nawet lubi dominować, w końcu to przywilej królowej, ale jest w niej też pewna łagodność i tęsknota, która objawia się między innymi głębokim spojrzeniem. W czasie rozmowy odnoszę wrażenie, że patrzy przeze mnie, a smugi światła z jej źrenic pną się jak latawce - wysoko. Myślę, że wspinając się po jednym z takich sznureczków można by dotrzeć do klucza, który z łatwością otworzyłoby jakieś drzwi, tylko na razie tajemnica fascynuje mnie bardziej niż prawda i pozwolę sobie na tym poprzestać.
Skłonność do zamyślenia jest dostrzegalna również w piśmie, które jest bardzo dokładne, stawiane z małym naciskiem dłoni, ale jednocześnie zawiera dużo ozdobników w postaci zawijasów, które zatrzymują wzrok i czynią je intrygującym.
Królowa Śniegu nie ma wielkiej mocy. Odłamki, którymi dysponuje nie zostają w nikim na długo, kto wie, może nawet wcale ich nie posiada. Ta z Andersena, była zła, bo nieszczęśliwa, a ta współczesna jest szczęśliwa i spełniona, przez co nie stara się specjalnie zaistnieć, bo zajmują ją inne sprawy, inni ludzie. Szczęście jest mniej wyraziste niż jego brak, mniej zajmuje poetów i zwykłych śmiertelników, może to dobrze bo lepiej mu nie przeszkadzać, niech wzrasta i się rozwija, jak lubi najbardziej - na drugim planie, za kurtyną, lub za rogiem najbliższej ulicy.

sobota, 19 września 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część pierwsza)


( zdjęcie: www.malarze.walhalla.pl )

Odkąd pamięta lubiła kwiaty. Nawet jej mieszkanie, chociaż w starym budownictwie i daleko od zieleni, wyglądało jak ogród. Miejsce pracy również było umeblowane najprzeróżniejszymi roślinami: doniczkowymi, suszonymi, a w porach letniej i wiosennej - świeżymi, którymi akurat obrodziła ziemia. Czułość z jaką je podlewała, przycinała liście czy obracała do światła, była czułością matki, która jak najwięcej chce oddać z siebie i zapewnić podopiecznym szczęście.
On uwielbiał patrzeć jak przesadzała kwiaty. Zawsze go śmieszyło, gdy wysypywała ziemię na podłogę, zamiast na gazety, które łatwo byłoby zwinąć. Ale ona była uparta, jak postanowiła, tak być musiało. Przynajmniej tak ją odbierał -  w żadnym geście, spojrzeniu nie dostrzegał wahania. Lubił mimochodem napotykać jej wzrok, w jej oczach przetaczały się nawałnice i przeglądał ocean, czasami udawało mu się uchwycić skrawki duszy jak spadające fraktale śniegu. Przyglądał się jej dłoniom, które dźwigały roślinę jak jedwab - zdecydowanie i delikatnie zarazem. Nigdy nie widział takiej czułości u innej kobiety. Ziemia przesypywała się między palcami, a on błagał w myślach czas, który także przesypywał się gdzieś nad nimi, aby na chwilę zamarł i o nich zapomniał.
Dziewczyna ceniła kwiaty za nienarzucające się piękno i dojrzewanie w ciszy, coś czego brakowało ludziom z jej otoczenia. Zdecydowanie wolała milczenie, niż rozmowę. Nie dlatego, że była nieśmiała, ale z powodu braku zaufania do słów, których codziennie bezsensownie wyrzucanych są miliony. Ona nie lubiła tracić ani słów, ani czasu, ani siebie. Dlatego to, co miała najlepszego, oddawała roślinom i ziemi.
On zawsze przychodził akurat wtedy, kiedy coś robiła przy kwiatach. Nie wiedział, czy trafia w takie momenty, czy ona nieustannie poświęca się temu zajęciu. Zwykle chował się za framugą i patrzył tak długo, aż ona go nie ujrzała. Wówczas odkładała swoją pracę i podchodziła aby przyjąć przeczytanie książki i wypożyczyć kolejne. Chyba też podświadomie czekała na te wizyty, mimo, że nigdy nie zamienili słowa na temat inny niż książki. A może właśnie dlatego.
Którejś soboty nie przyszedł. Nie dało się nie zauważyć jego zniknięcia, ale też nie odczuła tego faktu boleśnie. Jego nieobecność była jak ześlizgnięcie się motyla po sercu, a kwiaty, na które patrzył przez jej dłonie pną się wytrwale na oknie, ku niebu.
Wszystko jest jak dawniej. Nawet jego urlopowana karta biblioteczna czeka w tym samym miejscu, na wypadek powrotu.

Wyrwane z rozmowy ( z DS)

- Dlaczego ty ciągle piszesz o kobietach?
- Bo o mężczyznach pisanie mi wychodzi mniej i chyba mniej się do tego przykładam. Kobiety mnie fascynują wewnętrznie, bardziej rozdzierają i głębiej zostawiają ślad. W kobietach świat odbija się całościowo, a w mężczyznach widzę głównie siebie.

Gimnastyka wyobraźni Ewy Lipskiej*

(fot. Łukasz Sawicki)

Mam jakiś szczególny sentyment do Ewy Lipskiej. Może dlatego, że pierwsze poważne zetknięcie z Jej poezją odbyło się całkiem niepoważnie, czyli przez piosenkę G. Turnaua. Później przyszła fascynacja tym słowem w interpretacjach Anny Szałapak i genialnej szlifierce frazy - Ewy Błaszczyk. Zwłaszcza "Szyby" żyją we mnie mocno i ten pociąg sie przetacza przez najczulsze szyny nerwów.
Wczoraj udało mi się zapytać poetkę o to jak osobie, która pisze bardzo ascetycznie, gdzie każde słowo jest wyważone i zawiera skondensowane do granic możliwości znaczenia, pisze się piosenki. Wszak ta forma wypowiedzi jest ukształtowana przez rym, rytm, powtarzalność zwrotów, czyli w jakiś sposób trzeba się dopasować. I Lipska odpowiedziała, że praca nad piosenką to przyjemność, bo taki tekst niesie za sobą inny kaliber intelektualny, a poza tym stanowi świetną g i m n a s t y k ę  w y o b r a ź n i. To określenie bardzo mi się spodobało, gdyż jest chyba najkrótszą i najbardziej trafną definicją piosenki.
Równie dobre wrażenie wywarła na mnie deklaracja, co do tematów na nowe wiersze - inspiracje same mnie szukają. To świadczy jak najlepiej o twórcy, bo świat ciągle go zaskakuje, dostarcza nowych wrażeń i daje nadzieję na przynajmniej jedną, dobrą książkę w przyszłości. Chociaż nie ukrywam, że chciałabym jak najwięcej tych inspirujących i najlepszych.
Warsztat poetki jest tak prosty jak Jej twórczość - notatki i praca nad tekstem, co nieustannie daje do zrozumienia, iż sam talent nie wystarczy. Nawet jak jest, to i tak musi być potwierdzany ogromnym wysiłkiem i akceptacją samego autora.
No i ta uparta chęć pisania, mimo słów:
Nie opłaca się inwestować w poezję.
Liczy się krzem, złoto, może jeszcze nieruchomości...
                                    / Szpak/**

Czekam na kolejną wizytę Ewy Lipskiej w Opolu 03.11.
___________________
* spotkanie z Ewą Lipską odbyło się 17.09 w WBP w Opolu
** wiersz najnowszy, niepublikowany

środa, 16 września 2009

Fikcja

Dzisiaj przyszło mi do głowy, że w pisaniu najgorsze jest przywiązywanie do światów, które stwarzam. W moich opowieściach są oswojone miejsca; dobre lub złe telefony, ale tylko takie nad którymi mam pełną kontrolę; liście spadają wprost pod moje stopy i kot, akurat szary, przecina drogę. Ludzie, którzy nie chcą ze mną rozmawiać, tutaj nagle mają dla mnie czas. Dużo czasu. Poznaję ich, lubię i oni mnie lubią, ale kiedy spotykam ich nagle w sklepie i przestają być tylko szkicem na papierze i nawet najpiękniejszą historią, dociera do mnie, że to nigdy nie była opowieść o nich, tylko o mnie. To chyba jest właśnie fikcja literacka.

wtorek, 15 września 2009

Artur (na dobranoc)




Pływała sobie w akwarium i chociaż była rybą, to Klusek nazwał ją Artur. W sumie do końca nie wiedział czy to on, czy ona. Pan w sklepie co prawda zapewniał, że to chłopczyk, ale skoro nawet rodzice nie umieli powiedzieć na pewno, to jak on mógł wierzyć jakiemuś obcemu? A akwarium miała naprawdę ładne. Wybrał takie prawdziwe, dla dorosłych zwierzątek - podłużne i wysokie. Prawdą jest, iż długo upierał się przy okrągłym, takim, w  jakim zwykły pływać złote rybki w bajkach, ale sam przypomniał sobie jak za długo jeździł na karuzeli, a potem bardzo bolała go głowa i nie chciał, by jego rybka codziennie cierpiała. Poza tym co to za życie w kółko i to na dodatek takie, z którego nie można wypłynąć.
W każdym razie miał upragnionego przyjaciela. Zapytał od razu mamę jak to jest z życzeniami, bo w końcu jako pełnoprawnemu opiekunowi należy mu się spełnienie chociaż jednego. Mama zapewniła, że to jedno, jedyne życzenie się spełni pod warunkiem, że Klusek przez cały dzień, od rana do wieczora, będzie grzeczny. - Jak to, przez calutki dzień? - zapytał niedowierzając.
- Tak - potwierdziła mama.
Ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj. Właściwie to Klusek myślał, że uda się wczoraj, ale tuż po kolacji, podczas mycia zębów, stłukł nieopatrznie perfumy taty. Przestraszył się nie na żarty i przekonywał sam siebie, że musi uważać jeszcze bardziej. Ale teraz już umył zęby i leżał cichutko w łóżku. Wiedział, że już nic złego stać się nie może. A dzisiaj był wyjątkowo dobrym chłopcem. Wypił nawet tran, nie skrzywiając się ani trochę. Co prawda lekarstwo miało posmak truskawkowy, ale i tak w buzi pozostawiało nieprzyjemną gorycz, którą Klusek potajemnie starał się osłodzić kostką czekolady, wykradzioną z kredensu. Tym razem nie zagryzał niczym i dzielnie poszedł do przedszkola.  W przedszkolu pomógł Kasi w rysunkach i pani w niesieniu bardzo ciężkich książek. Potem z tatą od razu poszli do domu, żeby uniknąć pokus bezsensownego kopania kamyków, czy urywania listków z przydrożnych krzewów i dzięki temu Klusek mógł być bliżej spełnionego życzenia. Przez cały wieczór za to robił konfitury z mamą, więc zdobywał kolejne punkty. I teraz wreszcie może sobie zażyczyć czego tylko zapragnie! Ta myśl nie pozwalała mu dłużej tkwić w łóżku. Wyskoczył zatem z pościeli i ostrożnie zapalił lampkę nad stolikiem, gdzie stało akwarium. Rybka pływała bardzo spokojnie, może nawet spała. Klusek nachylił się nad nią i zaczął intensywnie myśleć nad prezentem dla samego siebie. Co chciałby tak najbardziej na świecie? Może ciężarówkę, taką jaką ma Jacek z podwórka, tylko niebieską? A może pasikonika, tego zgubionego w piaskownicy? Tylko od tego czasu Klusek nieco urósł i taki pasikonik mógłby być już dla niego za mały. Zastanawiał się mocno, przyglądał Arturowi i nagle zupełnie nieoczekiwanie jego buzia wypowiedziała, coś w co głowa jeszcze nie mogła uwierzyć. Było to tak dziwne, że potem już nie wykrztusił ani słowa. Wyszeptał mianowicie, że chciałby rybce spojrzeć w oczy. Faktycznie podczas wymieniania w myślach różnych, upragnionych rzeczy starał się jednocześnie zatrzymać w swoich oczach obydwa oczka rybie, ale ciągle któreś mu uciekało z pola widzenia. I całkiem nieświadomy wypowiedział życzenie. Poczekał chwilę, ale nic się nie działo. I nagle rybka gwałtownie się wynurzyła i na tafli wody ukazały się dwa rozmazane, czarne punkciki. Trwało to chwilę, ale Klusek zobaczył, to o co prosił. Stał tak w nadziei, że jeszcze raz ujrzy to, co przed chwilą, ale rybka znów zapadła w sen. Klusek też poczuł, że ogarnia go zmęczenie i chyba zrozumiał, że na następne spojrzenie musi zapracować tak samo jak dzisiaj. -Jutro też się uda - powiedział i zgasił lampkę.