poniedziałek, 7 września 2009

Motyl

(fot. Bartek Wołkowicz)

Do naszej biblioteki regularnie przychodzi mężczyzna, który wzbudza w moich koleżankach mieszane uczucia - od obojętności po strach a nawet grozę. Ów fakt jest spowodowany tym, iż człowiek jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo czy się uśmiechnie, czy obrzuci wyzwiskami. Podobno się leczy.
Gość faktycznie wygląda na zamkniętego w swoim prywatnym świecie. Chodzi wyprostowany, zamaszystym krokiem z rękami w kieszeniach. Na jego twarzy (surowa, meksykańska uroda) zawsze gości lekceważący uśmiech, który czasami przechodzi w szczery śmiech do samego siebie.
Na mnie osobiście nie wywiera złego wrażenia, bardziej mnie intryguje. Podejrzewam, że uważa się za artystę, a w każdym razie za człowieka wygranego. Być może dzięki systematycznie czytanym pozycjom Hegla, Nietzschego czy Stendhala sądzi, iż posiadł wiedzę niedostępną każdemu, stąd ta wyniosłość. A może jest radykalistą i przeciętność go nudzi, dlatego ta poza i nieustanne zmaganie się z samym sobą, bo od codzienności nikt nie ucieknie.
W każdym razie dzisiaj, w czasie jego obecności, przez uchylone okno wpadł motyl. Ten człowiek był jedyną osobą, która to zauważyła i natychmiast podjęła akcję złapania zwierzątka. Przypatrywałam się temu z niemałym zdziwieniem, gdyż upór w przekonaniu o słuszności takiego postępowania oraz delikatność schwytania i wypuszczenia owada na zewnątrz uświadomiła mi, iż tak może postąpić tylko ktoś podskórnie dobry. Albo była to chwila zapomnienia, zagubienia się w roli ignoranta i mimowolne odsłonięcie swojej wrażliwości.
Elf powiedziała, że tak bywa, iż ktoś, kto nie potrafi dogadać się z ludźmi, wypełnia naturalną potrzebę kontaktu sympatią do zwierząt. Pewnie Elf nawet o tym nie wie, ale jest bardzo prawdopodobne, że tym spostrzeżeniem dotknęła sedna i może całkiem przypadkiem znalazła klucz do Człowieka Który Złapał Motyla.

niedziela, 6 września 2009

Sen

Dzisiaj przyśnił mi się M. Sen był na tyle krótki, by zapomnieć w jakiej sytuacji się pojawił, ale wystarczająco długi, aby rozpoznać twarz. To na pewno był On i jak zawsze pozostawił po sobie miłe wspomnienie i spokojne wybudzenie. Kilka godzin później spotkałam go przy Centrum Handlowym. Nie widzieliśmy się kilka miesięcy, więc tym większe było zaskoczenie. Nic się nie zmienił, oboje chyba na tych parę minut przenieśliśmy się kilka lat wstecz, kiedy jeszcze nie istniał podział na ja i ty, a nad nami falowało jedno niebo. Każde spotkanie później było taką podróżą, która po prostu była nam potrzebna.
"Wiedziałem, że jeśli cię kiedyś spotkam, to będzie to w Karolince" - powiedział i jak zawsze miał rację. Z uwagi na to, że to była moja czwarta wizyta w tamtym rejonie, to jego słowa nabrały tajemniczego znaczenia i stały się samospełniającą przepowiednią.
Często się spotykaliśmy w tym "międzyczasie" i to zwykle przypadkiem, kiedy on zjeżdżał do kraju na urlop albo przerwę między jedną pracą a drugą. Wówczas ulice miasta zawężały się i krzyżowały na naszych drogach. M.mieszkał w Anglii, Holandii, na Islandii, być może gdzieś jeszcze. Spotykał ludzi, poznawał miejsca, pewnie coś czytał albo pisał. Ale dzisiaj to wszystko zniknęło, znów był tym zagubionym chłopakiem o przepastnych oczach, poza którym jeszcze pięć lat temu nic nie istniało.
Lubię te momenty, chociaż wiem, że tuż po nich następuje rozszczepienie się materii, każde z nas wraca do siebie, swojej pracy, przyjaciół i własnej strony świata, która już zawsze będzie przeciwnym biegunem do miejsca tego drugiego. Za jakiś czas znów się spotkamy, by się przekonać, że jeszcze jesteśmy, żyjemy i na szczęście zdrowi, i z tą wiedzą, spokojniejsi, oddalimy się nie oglądając się wstecz.

sobota, 5 września 2009

Dziewczyna Bez Zapałek

(zdjęcie: http://www.poema.art.pl)

Znam ją od paru miesięcy. I chociaż jest dojrzałą kobietą, ma w sobie bardzo dużo ocalonej dziewczęcości, która nie pozwala mi myśleć o Niej inaczej niż o dziewczynie właśnie.
Zawsze jak kogoś poznaję to staram się dopasować do danego człowieka jedną cechę, bądź jedno słowo wokół którego potem może rozwinąć mi się opowieść. W przypadku Dziewczyny Bez Zapałek, była to samotność. Są ludzie którzy godzą się z takim stanem rzeczy, chociaż niewątpliwie przychodzi to z trudem i z czasem; inni nie godzą się, ale z braku wyjścia akceptują zaistniałą sytuację, pozostali nie godzą się wcale. Dziewczyna z całą pewnością należy do tych ostatnich. I ta permanentna samotność przekłada się na stałe uczucie smutku, które w chwilach zapomnienia jest przerywane rozmowami na temat ulubionych książek czy zobaczonych miejsc, co na moment odwraca uwagę i nawet wywołuje uśmiech. Ale powierzchowna radość trwa chwilę, potem trzeba jakoś przetrwać do kolejnej. Sposobem na odsuwanie od siebie natrętnych myśli stała się praca, która zajmuje prawie cały czas, a przynajmniej należy sie starać, aby tak było. Takie zapętlenie w codzienności, spowodowało, iż Dziewczyna nie wie dokąd biegnie, ale wie, że biec musi, bo jak się zatrzyma to dopadnie Ją Złe i znów oczy się zaszklą mimochodem.
A oczy ma niesamowite, bardzo ciepłe, które w ciągu paru sekund mogą się zmienić w bryłę lodu. Jakby utkwił w nich kawałek szkła Królowej Śniegu i na przemian topniał i tężał. Słońce odbite w lodowcu.
Ona też należy do tego odłamu nieustających wędrowców, zresztą należymy do niego wszyscy, bo zawsze się znajdzie powód do ucieczki od siebie.
Chciałabym, aby pewnego wieczora pochylił się nad Nią Angus - celtycki bóg snów i swoim zwyczajem urzeczywistnił dowolny sen, a jestem pewna, iż w każdym pojawia się On. Wysoki, przystojny, bliski, daleki, bez twarzy, w płaszczu, półcieniu lub w pełni lata. Jakiś i niosący nadzieję, że jutrzejszy dzień zakwitnie inaczej. I oby po przebudzeniu On nie zniknął i już zawsze był.

piątek, 4 września 2009

Bieguni

Spotykam ich niemal codziennie. Ona szczupła, ze smutną twarzą, na której jak rysy na korze - zasuszyły się lata. Chodzi wolno, rozglądając się uważnie, jakby chciała zapamiętać jak najwięcej z otaczającego ją krajobrazu. Zawsze ma ze sobą wypchaną dużą torbę, która we mnie wzbudza wciąż nowe wątpliwości o zawartość. On zupełnie inny, jakby przysłowiowo dobrali się na zasadzie przeciwieństw; niski, ale dobrze zbudowany i zawsze uśmiechnięty. Zwykle maszeruje szybko i zdecydowanie, przekonując tym samym przypadkowych obserwatorów o doskonałej znajomości nie tylko celu swojej podróży, ale również o tym, że musi zdążyć na czas. Łączy ich niemały podręczny bagaż, który co dzień noszą z niezmiennym przywiązaniem.
Mijam ich w różnych częściach miasta, przeważnie osobno. Lubię momenty ich spotkań, kiedy to w biegu całują się, wymieniają kilka słów i znów odchodzą w swoją stronę.
Gdyby Olga Tokarczuk znała tę historię , kto wie, może zostaliby bohaterami chociażby jednego zdania w książce. I być może to właśnie zdanie przechyliłoby szalę w stronę Nagrody Nike albo innej.
Ale na razie ich opowieść owiana jest tajemnicą, krąży między ulicami, czasami zatrzymuje się na papierosa, by potem natychmiast ruszyć dalej. Coś kupują, coś zbierają lub sprzedają . Kto wie.
Współcześni bieguni być może uciekają przed złem, ale pewnie uciekają i przed niebem. W ruchu wszystko jest prostsze, z oddalenia wszak widać lepiej to, co ważne, a to co warte zapomnienia po prostu znika za horyzontem. Póki jest pragnienie wędrowania, wszystko się może zdarzyć, bo zdarza się zawsze w drodze. I oni to wiedzą, a tym niewtajemniczonym posyłają lekki półuśmiech, bo wiedzą, że prędzej czy później sie z nimi spotkają na jednej z ulic małych lub wielkich miast.

czwartek, 3 września 2009

To lubię (wspomnieniowo)

Kolejny koncert i kolejne spotkanie z Ireną Jarocką. Nie będę komplementować, bo już kiedyś napisałam wszystko i niech to wystarczy. Wartościowi ludzie najpiękniej dają się poznać w ciszy i w takim właśnie milczeniu, wyważeniu, dobrym tonie jest i trwa p. Irena.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak spotka się wielkiego człowieka, to będzie go można poznać po tym, że jest skromny. To wielka sztuka nie zejść z tej drogi przez całe życie, ale jak widać, czasami się udaje.

wtorek, 1 września 2009

Dobra śmierć II

Dzisiaj natknęłam się na martwego kota. Ze względu na gabaryty zwierzątka, nie dało się go nie zauważyć. Leżał na środku trawnika, pomiędzy chodnikiem, a jezdnią. Biały z czarnymi łapkami i czarną łatą na łebku. Piękny. Nic go nie przejechało, nic nie zaatakowało, jak bohater opowiadania Czechowa po prostu wziął i umarł. Wyglądał jak porcelanowa figurka, która przewróciła się na wietrze. Wciąż dostojnie i całkiem zwyczajnie, idealnie wkomponowując się w jeszcze soczystą, sierpniową zieleń. Przez chwilę odniosłam nawet wrażenie, że kot zaraz się podniesie i pójdzie w swoją stronę, jak to pewnie miał jeszcze wczoraj w zwyczaju; ale nic się nie wydarzyło i już się nie wydarzy. Tak dyskretnie wyjść ze świata to wielka sztuka.

1 września (uporczywie pamiętając)

http://www.youtube.com/watch?v=jtsH3vKy0So

niedziela, 30 sierpnia 2009

Kożuch

Dzisiaj przeczytałam na jednym z blogów, iż "osoba, która lubi kożuch ( z mleka - przyp. M.) jest prawdopodobnie obrzydliwa wewnętrznie". Dało mi to do myślenia i nie tylko z powodu sympatii do wspomnianego kożucha, ale sama zależność mnie zastanowiła. To samo należałoby wszak pomyśleć o młodych wróblach czy szpakach, które z apetytem zjadają dżdżownice i inne dobrodziejstwa, które pielęgnuje w sobie ziemia. A pozostałe zwierzęta żywiące się padliną, a muchy przesiadujące na śmietnikach? Nie wspomnę o kuchni egzotycznej, gdzie smażone świerszcze czy żuki są nie lada przysmakiem. Jestem tym, co jem. Brzmi dobrze, ale mnie nie przekonuje. Aczkolwiek przyznaję się do błędów i wielu przykrości, które sprawiłam innym, nie sądzę jednak, aby kożuch z mleka Łaciate miał na to szczególny wpływ, wówczas wystarczyłoby przecież go nie jeść, a dusza piękniałaby z dnia na dzień. Krótka refleksja przy porannej kawie z mlekiem. Tym razem bez kożucha.

sobota, 29 sierpnia 2009

Piekło

Wczoraj miałam dziwny dzień. Dzień całkowitej niemocy połączonej z chęcią zrobienia czegokolwiek. Próbowałam czytać - dobrnęłam do końca strony, pisać - słowa się nie składały, nawet muzyka przepływała jakoś obok mnie. Nie lubię takich chwil, bo odnoszę wrażenie marnowania czasu przy dużym zapasie energii, która mnie rozsadza od wewnątrz. Myślę, że ostatni krąg piekła zamieszkują ci, którzy zmarnowali życie. Nie mordercy, złodzieje czy cynicy (chociaż i ci mogą tam trafić), ale właśnie tacy ludzie, którzy świadomie zablokowali się na świat. A, że jestem przekonana, iż każdy będzie miał swoje indywidualne piekiełko, to ostatni krąg będzie najpiękniejszym obliczem świata, jakie może się ukazać. Będzie wabić urodą i jednocześnie manifestować swoją niedostępność. Góry z tak stromymi zboczami, że wspinaczka okazuje się niemożliwą; jezioro, które po zbliżeniu się - zamiera i zwierzęta nie dające sie karmić. Za obojętność odpłaca się obojętnością. A nie ma gorszej ignorancji, niż tkwić w przeświadczeniu szczęścia i nie dostrzec jaskółki przelatującej nad głową.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Znalezione na Allegro

"Założyłam raptem 2 razy, niestety ze względu na zamałość nie mogę nosić i muszę sprzedać". Bardzo podoba mi się słowo "zamałość" i to właśnie tak, bez cudzysłowu. Będę go używać.