Ach śpij Kochanie, śpij,
dość się już nakołysałaś,
teraz znowu będziesz mała.
Pan Bóg kupi Ci kokardę,
uszykuje Ci mansardę,
w kalendarzu grzechy zmaże,
poda Ci ostatnią plażę,
jutro już...
Agnieszka Osiecka (09.10.1936-07.03.1997)
wszelkie skojarzenia - zdarzeń, miejsc, osób - z rzeczywistymi, są jak najbardziej uzasadnione
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 marca 2010
piątek, 15 stycznia 2010
Jedno pytanie
Właśnie wróciłam ze spotkania z Szymonem Hołownią*, bardzo udanego, bo od dawna ten człowiek mnie intrygował i fascynował intelektem oraz konsekwencją zdobywania wiedzy. Można go nie lubić, nie słuchać, ale ani jednego, ani drugiego nie da się mu odmówić. Trochę się obawiałam, jako osoba, której religia sprowadza się do akceptacji świata, takim jakim jest i byciu dobrym, w miarę możliwości i po prostu. Wynika to z pewnością z lenistwa, powiązanego z brakiem umiejętności skupienia nad danym problemem i studiowania do bólu świadomości (co bynajmniej nie jest powodem do chwały), ale zdaję sobie sprawę, że jak w piosence Ewy Błaszczyk "sama zapłacę za to wszystko, za piękno i głupotę ludzką, za tę na cudze jabłka chęć". I właśnie o świadomość tutaj chodzi, o przemyślenia, "zdrowe" chrześcijaństwo, będące opowieścią o integralności człowieka i coś, co mnie ujęło najbardziej, iż chrześcijaństwo w konsekwencji prowadzi do odnalezienia siebie i życiu w zgodzie z samym sobą. A do wszystkiego można dojść tylko i wyłącznie poprzez rozmowę, co dla mnie jest oczywiste. Ale właśnie, takie wnioski wymagają przebycia długiej drogi, nawiązywania relacji, oczytania i przede wszystkim - głodu wiedzy. Nie jestem przekonana, czy te, podane w postaci gotowej, refleksje mogą przekonać ludzi, którzy nigdy głęboko nie dumali nad sensem wiary. I tutaj zrodziło się moje pytanie, poprzedzone zresztą informacjami o niewielkim oczytaniu naszego społeczeństwa i pytaniami z sali, gdzie można było dowiedzieć się naprawdę dużo, a pytania kręciły się wokół Małgorzaty Foremniak, czy zarzutów o radosne podejście do religii, nad którą należy się przecież pochylać i umartwiać. I wobec tego czy za kilka lat nie będzie sytuacji w której pan Hołownia najzwyczajniej w świecie nie będzie miał do kogo mówić, że jego rozwój wpędzi go w pułapkę intelektu, gdzie chęć podzielenia się refleksjami spotka się z totalną obojętnością i niezrozumieniem. I wówczas jedyną szansą na zbawienie będzie belgijski znak drogowy z informacją "koniec ronda". Pytanie nie ma jednak podtekstu - aby się poddać, wynika z czystej ciekawości. Cena myślenia leci na łeb na szyję, więc sama zmagam się z odpowiedzią i nie wiem, wiem natomiast, że przeczytam "Monopol na zbawienie", na dobry początek pracy nad sobą.
_____________________________
* Spotkanie z Szymonem Hołownią odbyło się 15.01 w opolskiej drukarni Opolgraf w ramach cyklu spotkań "Fabryka Inspiracji".
_____________________________
* Spotkanie z Szymonem Hołownią odbyło się 15.01 w opolskiej drukarni Opolgraf w ramach cyklu spotkań "Fabryka Inspiracji".
poniedziałek, 16 listopada 2009
Poetycka niespodzianka
Dzisiaj dostałam prezent od Marka Piechockiego, za co serdecznie dziękuję.
Wybrałam sobie na razie dwa wiersze, które tutaj zamieszczę (mam nadzieję, że autor nie ma nic przeciwko temu), abyście także mogli poczytać. Takie podzielenie się słowem. Powtarzając za Szymborską, że ludzi, którzy lubią poezję będzie ze dwie na tysiąc, to należy te dwie szczególnie chronić. A Marek Piechocki poezję kocha. To widać.
***
30.
(miejska)
Przesiaduje teraz na ławeczce pod blokiem
/nigdy nie miał na to czasu/
Mówi mi że bardzo słabo widzi
Sięga do koszyczka z truskawkami
wybiera je długimi jak u pianisty palcami
Wychudzona dłoń ramię
koszulka jakby o dwa rozmiary za duża
Mówi mi o szpitalu
że to tylko czasowa zmiana metabolizmu
wypisany do domu ma dużo jeść
Rozmawiałem z jego synem
wie o rokowaniu
- "tak, do sześciu miesięcy, proszę pana"
***
A ja
w szukaniu ciągle
Wyostrzam zmysły
podwajam czujność
Porannie nie pojawia się
ona
ze snów
Nie zapala dnia
***
JESZCZE ŻYJEMY
Jedni odmierzają życie starannie
Inni są jak ptaki
A poeci?
Ważą słowa nadają im odmienny
niż w bytowaniu sens
Tak więc wzlatują
Jak ćmy
***
ROŚLINA
Jeszcze nic nie wiem o bólu
...i o czasie
kiedy w czlowieku
żyją
tylko oczy
***
(satyr z oczami dziecka)
Jeszcze raz uwierzył
słowom opadaniu rzęs
Teraz w odwrocie
Z. M. Piechocki
piątek, 16 października 2009
Pan Zet
Był znajomym mojego Dziadka, mieli obok siebie działki. Takie luźnie koleżeństwo, ograniczające się do rad na temat mszyc, szczepienia drzewek, podcinania gałęzi. Czasami obdarowywali siebie zbiorami, które obrodziły za bardzo i jakoś trzeba było temu zaradzić. Ja pamiętam go jako zaniedbanego, mocno opalonego, starszego pana, który często popijał owocowe wino pod którymś z rozłożystych drzew. Kiedyś wydawało mi się, że tak wygląda człowiek szczęśliwy, dziś wiem, że tak wyglądał człowiek samotny. Lubiłam go, zwykle moje odwiedziny u Dziadka kończyły się także drobnym prezentem od niego, w postaci papierowej torebki pełnej wiśni, czy kilku gruszek. Ale to było dawno, potem człowiek nagle zniknął. Jego i tak mało wypielęgnowaną działkę, porosły chwasty i wszystko powoli zaczęło obumierać. Do mnie doszła wiadomość, że Pan Zet nie żyje, ale nikt nie wiedział tego na pewno, bo nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Posługiwano się pseudonimem, który człowiek przywiózł ze sobą chyba jeszcze z wojska, jako jedyną pamiątkę i cały dobytek.
I właśnie wczoraj zobaczyłam go na ulicy. W niczym nie przypominał tego wyprostowanego, krzepkiego człowieka, jakim go zapamiętałam. Zgarbiony, stawiał kroczek za kroczkiem jakby bawił się w dziecinną zabawę i odmierzał stopami odległość, jaką pokonuje. Przed sobą pchał wózek, który jednocześnie służył mu za oparcie. Tym razem ubrany był schludnie, nawet porządnie, ale sądzę, iż zamieniłby ten wygląd na chwilę beztroski pod ukochanym drzewem. To spotkanie mnie ucieszyło, bo nic bardziej nie zaskakuje niż śmierć, która jest tylko plotką. Jednocześnie jednak uświadomiłam sobie, że pokolenie moich Dziadków odchodzi na dobre; ludzie słabną, bledną, aż w końcu znikają zupełnie. Za chwilę jedynie zasłyszane wspomnienie wojny, zapach naftaliny, czy smuga "Warsa" po goleniu w autobusie przypomni, że jednak byli i to spojrzenie wstecz zaboli tak samo, jak zapewne Pana Zet świadomość, że już nigdy nie przejdzie się alejką pośród wiosenniejącego bzu.
I właśnie wczoraj zobaczyłam go na ulicy. W niczym nie przypominał tego wyprostowanego, krzepkiego człowieka, jakim go zapamiętałam. Zgarbiony, stawiał kroczek za kroczkiem jakby bawił się w dziecinną zabawę i odmierzał stopami odległość, jaką pokonuje. Przed sobą pchał wózek, który jednocześnie służył mu za oparcie. Tym razem ubrany był schludnie, nawet porządnie, ale sądzę, iż zamieniłby ten wygląd na chwilę beztroski pod ukochanym drzewem. To spotkanie mnie ucieszyło, bo nic bardziej nie zaskakuje niż śmierć, która jest tylko plotką. Jednocześnie jednak uświadomiłam sobie, że pokolenie moich Dziadków odchodzi na dobre; ludzie słabną, bledną, aż w końcu znikają zupełnie. Za chwilę jedynie zasłyszane wspomnienie wojny, zapach naftaliny, czy smuga "Warsa" po goleniu w autobusie przypomni, że jednak byli i to spojrzenie wstecz zaboli tak samo, jak zapewne Pana Zet świadomość, że już nigdy nie przejdzie się alejką pośród wiosenniejącego bzu.
sobota, 10 października 2009
Agnieszka*
W ludziach fascynują mnie przede wszystkim dwie rzeczy: niedojrzałość i tajemnica. Agnieszka Osiecka była kwintesencją obydwu.
Jeśli miałabym wybrać osobę, która mnie ukształtowała i która dała mi jeden z ważniejszych kluczy do świata, to byłaby to Agnieszka.
Znamy się tyle lat, więc możemy sobie mówić po imieniu.
Pisząc w "Rozmowach w tańcu" o jednej ze swoich ciotek, autorka wspomniała, iż tacy ludzie "pojawiają się tak rzadko jak kometa", śmiem twierdzić, że tacy jak Agnieszka pojawiają się rzadziej, a kto wie może nawet nigdy więcej kogoś na taką miarę nie uświadczymy.
Oczywiście można tutaj zarzucać alkohol, nie-rodzinność czy rozwijanie się "przez zdradę", ale każdemu można coś wypomnieć, a poza tym jestem wrogiem przekładania życia innych na swoje, a już na pewno poetów na takowe przełożyć się nie da. Dlatego też nie o tym chciałabym napisać w swoim wspomnieniu, bo tak naprawdę najważniejszą jest wrażliwość, ta wrażliwość, która pozwala na skondensowanie chwili, zdarzenia czy nawet świata w jednym wersie lub piosence. No ale to przywilej poetów, że potrafią obrócić rzeczywistość podszewką do góry i pokazać nam to, czego dotąd nie widzieliśmy. Dlatego biedronka opisywana tyle razy, na tysiące sposobów, zachwyca po raz kolejny świeżością spojrzenia.Tutaj jednak jest jeszcze coś - Osiecka była jedyną, która wyrosła z tradycji międzywojnia i przy niej wiernie trwała, przeplatając ją ze współczesnością. Dzisiaj tak się już nie pisze i mając na myśli autorkę "Białej bluzki" jest to stan faktyczny. Ponadto taniec też wyniesiony od Skamandrytów przetaczał się przez te mniej i bardziej poważne piosenki. Taniec na lodzie, taniec kilka cm nad ziemią, ale zawsze elegancki, zgodny z etykietą i zapisany w karnecie. Myśląc o Agnieszce zawsze widzę dystyngowaną damę z figlarnym błyskiem w oku i butelką wina, damę wrzuconą we współczesność, w której za nic nie umiała się odnaleźć. Błądziły, uciekały też Jej bohaterki, zawsze dziewczyny, bo one przecież nigdy nie dojrzewały, te które potrafiły żyć tylko w ogniu, a że chwila choć piękna trwać nie chce, to trzeba było zabierać walizki i ruszać w kolejną podróż do Łodzi, Kutna, innego mężczyzny, którego obowiązkiem jest podarować wybrance "przedostatnie niebo" i "małą złotą furtkę". Bajka stworzona na potrzeby każdego z nas i samej poetki także.
Lubię Innych Ludzi. Ona była Inna.
To jeden z moich ulubionych wierszy:
Sowa patrzy,
ptaszek się boi sowy.
Mysz się jej boi
i cała ogromna noc...
też...
Też trochę boi się sowy.
A kogo boi się sowa?
Biała osoba z piór,
mieszkanka lotniska w Miami?
Ba! Sowa boi się lustra.
Ona jeszcze go nie zna,
ale przeczuwa je.
Sowa przeczuwa lustro.
/Sowa patrzy/
...i ja się boję lustra.
_________________
* 9.10 minęła 73. rocznica urodzin Agnieszki Osieckiej.
Jeśli miałabym wybrać osobę, która mnie ukształtowała i która dała mi jeden z ważniejszych kluczy do świata, to byłaby to Agnieszka.
Znamy się tyle lat, więc możemy sobie mówić po imieniu.
Pisząc w "Rozmowach w tańcu" o jednej ze swoich ciotek, autorka wspomniała, iż tacy ludzie "pojawiają się tak rzadko jak kometa", śmiem twierdzić, że tacy jak Agnieszka pojawiają się rzadziej, a kto wie może nawet nigdy więcej kogoś na taką miarę nie uświadczymy.
Oczywiście można tutaj zarzucać alkohol, nie-rodzinność czy rozwijanie się "przez zdradę", ale każdemu można coś wypomnieć, a poza tym jestem wrogiem przekładania życia innych na swoje, a już na pewno poetów na takowe przełożyć się nie da. Dlatego też nie o tym chciałabym napisać w swoim wspomnieniu, bo tak naprawdę najważniejszą jest wrażliwość, ta wrażliwość, która pozwala na skondensowanie chwili, zdarzenia czy nawet świata w jednym wersie lub piosence. No ale to przywilej poetów, że potrafią obrócić rzeczywistość podszewką do góry i pokazać nam to, czego dotąd nie widzieliśmy. Dlatego biedronka opisywana tyle razy, na tysiące sposobów, zachwyca po raz kolejny świeżością spojrzenia.Tutaj jednak jest jeszcze coś - Osiecka była jedyną, która wyrosła z tradycji międzywojnia i przy niej wiernie trwała, przeplatając ją ze współczesnością. Dzisiaj tak się już nie pisze i mając na myśli autorkę "Białej bluzki" jest to stan faktyczny. Ponadto taniec też wyniesiony od Skamandrytów przetaczał się przez te mniej i bardziej poważne piosenki. Taniec na lodzie, taniec kilka cm nad ziemią, ale zawsze elegancki, zgodny z etykietą i zapisany w karnecie. Myśląc o Agnieszce zawsze widzę dystyngowaną damę z figlarnym błyskiem w oku i butelką wina, damę wrzuconą we współczesność, w której za nic nie umiała się odnaleźć. Błądziły, uciekały też Jej bohaterki, zawsze dziewczyny, bo one przecież nigdy nie dojrzewały, te które potrafiły żyć tylko w ogniu, a że chwila choć piękna trwać nie chce, to trzeba było zabierać walizki i ruszać w kolejną podróż do Łodzi, Kutna, innego mężczyzny, którego obowiązkiem jest podarować wybrance "przedostatnie niebo" i "małą złotą furtkę". Bajka stworzona na potrzeby każdego z nas i samej poetki także.
Lubię Innych Ludzi. Ona była Inna.
To jeden z moich ulubionych wierszy:
Sowa patrzy,
ptaszek się boi sowy.
Mysz się jej boi
i cała ogromna noc...
też...
Też trochę boi się sowy.
A kogo boi się sowa?
Biała osoba z piór,
mieszkanka lotniska w Miami?
Ba! Sowa boi się lustra.
Ona jeszcze go nie zna,
ale przeczuwa je.
Sowa przeczuwa lustro.
/Sowa patrzy/
...i ja się boję lustra.
_________________
* 9.10 minęła 73. rocznica urodzin Agnieszki Osieckiej.
poniedziałek, 21 września 2009
Królowa Śniegu
Tak ją potajemnie nazywali. Kiedy usłyszałam po raz pierwszy o niej, jako o Królowej Śniegu pomyślałam, że żadna inna nazwa nie pasowałaby bardziej. Była w niej jej powaga, dystans i swego rodzaju szklistość spojrzenia, które nie zdradzało ani kawałka duszy. Niewidzialny parawan z zakazem wstępu. Mówiono o niej, że jest trudna w kontaktach, że umie uzyskać od innych, co tylko chce, a sama nie dopuszcza do siebie nikogo. Ja nigdy nie odbierałam jej w ten sposób, aczkolwiek przy pierwszym spotkaniu zrobiłam odruchowo krok w tył, czując, że ta osoba będzie mnie w przyszłości pilnie obserwować. Ja też obserwuję stąd typowe dla fizyki odpychanie. Niemniej jednak jest piękną kobietą o nietypowej, wyrazistej urodzie. Podczas jednego z wspólnych wyjazdów zaintrygował mnie fakt, że o ile wszyscy robili tam zdjęcia wszystkim, o tyle ona była na niewielu i to uchwycona jakby przypadkiem - w tłumie lub z daleka. To potwierdziło tylko moje przypuszczenia, że budzi w innych mniej lub bardziej wyczuwalne obawy.
Być może umie szybko i celnie oceniać ludzi, może nawet lubi dominować, w końcu to przywilej królowej, ale jest w niej też pewna łagodność i tęsknota, która objawia się między innymi głębokim spojrzeniem. W czasie rozmowy odnoszę wrażenie, że patrzy przeze mnie, a smugi światła z jej źrenic pną się jak latawce - wysoko. Myślę, że wspinając się po jednym z takich sznureczków można by dotrzeć do klucza, który z łatwością otworzyłoby jakieś drzwi, tylko na razie tajemnica fascynuje mnie bardziej niż prawda i pozwolę sobie na tym poprzestać.
Skłonność do zamyślenia jest dostrzegalna również w piśmie, które jest bardzo dokładne, stawiane z małym naciskiem dłoni, ale jednocześnie zawiera dużo ozdobników w postaci zawijasów, które zatrzymują wzrok i czynią je intrygującym.
Królowa Śniegu nie ma wielkiej mocy. Odłamki, którymi dysponuje nie zostają w nikim na długo, kto wie, może nawet wcale ich nie posiada. Ta z Andersena, była zła, bo nieszczęśliwa, a ta współczesna jest szczęśliwa i spełniona, przez co nie stara się specjalnie zaistnieć, bo zajmują ją inne sprawy, inni ludzie. Szczęście jest mniej wyraziste niż jego brak, mniej zajmuje poetów i zwykłych śmiertelników, może to dobrze bo lepiej mu nie przeszkadzać, niech wzrasta i się rozwija, jak lubi najbardziej - na drugim planie, za kurtyną, lub za rogiem najbliższej ulicy.
Być może umie szybko i celnie oceniać ludzi, może nawet lubi dominować, w końcu to przywilej królowej, ale jest w niej też pewna łagodność i tęsknota, która objawia się między innymi głębokim spojrzeniem. W czasie rozmowy odnoszę wrażenie, że patrzy przeze mnie, a smugi światła z jej źrenic pną się jak latawce - wysoko. Myślę, że wspinając się po jednym z takich sznureczków można by dotrzeć do klucza, który z łatwością otworzyłoby jakieś drzwi, tylko na razie tajemnica fascynuje mnie bardziej niż prawda i pozwolę sobie na tym poprzestać.
Skłonność do zamyślenia jest dostrzegalna również w piśmie, które jest bardzo dokładne, stawiane z małym naciskiem dłoni, ale jednocześnie zawiera dużo ozdobników w postaci zawijasów, które zatrzymują wzrok i czynią je intrygującym.
Królowa Śniegu nie ma wielkiej mocy. Odłamki, którymi dysponuje nie zostają w nikim na długo, kto wie, może nawet wcale ich nie posiada. Ta z Andersena, była zła, bo nieszczęśliwa, a ta współczesna jest szczęśliwa i spełniona, przez co nie stara się specjalnie zaistnieć, bo zajmują ją inne sprawy, inni ludzie. Szczęście jest mniej wyraziste niż jego brak, mniej zajmuje poetów i zwykłych śmiertelników, może to dobrze bo lepiej mu nie przeszkadzać, niech wzrasta i się rozwija, jak lubi najbardziej - na drugim planie, za kurtyną, lub za rogiem najbliższej ulicy.
poniedziałek, 7 września 2009
Motyl
Do naszej biblioteki regularnie przychodzi mężczyzna, który wzbudza w moich koleżankach mieszane uczucia - od obojętności po strach a nawet grozę. Ów fakt jest spowodowany tym, iż człowiek jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo czy się uśmiechnie, czy obrzuci wyzwiskami. Podobno się leczy.
Gość faktycznie wygląda na zamkniętego w swoim prywatnym świecie. Chodzi wyprostowany, zamaszystym krokiem z rękami w kieszeniach. Na jego twarzy (surowa, meksykańska uroda) zawsze gości lekceważący uśmiech, który czasami przechodzi w szczery śmiech do samego siebie.
Na mnie osobiście nie wywiera złego wrażenia, bardziej mnie intryguje. Podejrzewam, że uważa się za artystę, a w każdym razie za człowieka wygranego. Być może dzięki systematycznie czytanym pozycjom Hegla, Nietzschego czy Stendhala sądzi, iż posiadł wiedzę niedostępną każdemu, stąd ta wyniosłość. A może jest radykalistą i przeciętność go nudzi, dlatego ta poza i nieustanne zmaganie się z samym sobą, bo od codzienności nikt nie ucieknie.
W każdym razie dzisiaj, w czasie jego obecności, przez uchylone okno wpadł motyl. Ten człowiek był jedyną osobą, która to zauważyła i natychmiast podjęła akcję złapania zwierzątka. Przypatrywałam się temu z niemałym zdziwieniem, gdyż upór w przekonaniu o słuszności takiego postępowania oraz delikatność schwytania i wypuszczenia owada na zewnątrz uświadomiła mi, iż tak może postąpić tylko ktoś podskórnie dobry. Albo była to chwila zapomnienia, zagubienia się w roli ignoranta i mimowolne odsłonięcie swojej wrażliwości.
Elf powiedziała, że tak bywa, iż ktoś, kto nie potrafi dogadać się z ludźmi, wypełnia naturalną potrzebę kontaktu sympatią do zwierząt. Pewnie Elf nawet o tym nie wie, ale jest bardzo prawdopodobne, że tym spostrzeżeniem dotknęła sedna i może całkiem przypadkiem znalazła klucz do Człowieka Który Złapał Motyla.
sobota, 5 września 2009
Dziewczyna Bez Zapałek
(zdjęcie: http://www.poema.art.pl)
Znam ją od paru miesięcy. I chociaż jest dojrzałą kobietą, ma w sobie bardzo dużo ocalonej dziewczęcości, która nie pozwala mi myśleć o Niej inaczej niż o dziewczynie właśnie.
Zawsze jak kogoś poznaję to staram się dopasować do danego człowieka jedną cechę, bądź jedno słowo wokół którego potem może rozwinąć mi się opowieść. W przypadku Dziewczyny Bez Zapałek, była to samotność. Są ludzie którzy godzą się z takim stanem rzeczy, chociaż niewątpliwie przychodzi to z trudem i z czasem; inni nie godzą się, ale z braku wyjścia akceptują zaistniałą sytuację, pozostali nie godzą się wcale. Dziewczyna z całą pewnością należy do tych ostatnich. I ta permanentna samotność przekłada się na stałe uczucie smutku, które w chwilach zapomnienia jest przerywane rozmowami na temat ulubionych książek czy zobaczonych miejsc, co na moment odwraca uwagę i nawet wywołuje uśmiech. Ale powierzchowna radość trwa chwilę, potem trzeba jakoś przetrwać do kolejnej. Sposobem na odsuwanie od siebie natrętnych myśli stała się praca, która zajmuje prawie cały czas, a przynajmniej należy sie starać, aby tak było. Takie zapętlenie w codzienności, spowodowało, iż Dziewczyna nie wie dokąd biegnie, ale wie, że biec musi, bo jak się zatrzyma to dopadnie Ją Złe i znów oczy się zaszklą mimochodem.
A oczy ma niesamowite, bardzo ciepłe, które w ciągu paru sekund mogą się zmienić w bryłę lodu. Jakby utkwił w nich kawałek szkła Królowej Śniegu i na przemian topniał i tężał. Słońce odbite w lodowcu.
Ona też należy do tego odłamu nieustających wędrowców, zresztą należymy do niego wszyscy, bo zawsze się znajdzie powód do ucieczki od siebie.
Chciałabym, aby pewnego wieczora pochylił się nad Nią Angus - celtycki bóg snów i swoim zwyczajem urzeczywistnił dowolny sen, a jestem pewna, iż w każdym pojawia się On. Wysoki, przystojny, bliski, daleki, bez twarzy, w płaszczu, półcieniu lub w pełni lata. Jakiś i niosący nadzieję, że jutrzejszy dzień zakwitnie inaczej. I oby po przebudzeniu On nie zniknął i już zawsze był.
Znam ją od paru miesięcy. I chociaż jest dojrzałą kobietą, ma w sobie bardzo dużo ocalonej dziewczęcości, która nie pozwala mi myśleć o Niej inaczej niż o dziewczynie właśnie.
Zawsze jak kogoś poznaję to staram się dopasować do danego człowieka jedną cechę, bądź jedno słowo wokół którego potem może rozwinąć mi się opowieść. W przypadku Dziewczyny Bez Zapałek, była to samotność. Są ludzie którzy godzą się z takim stanem rzeczy, chociaż niewątpliwie przychodzi to z trudem i z czasem; inni nie godzą się, ale z braku wyjścia akceptują zaistniałą sytuację, pozostali nie godzą się wcale. Dziewczyna z całą pewnością należy do tych ostatnich. I ta permanentna samotność przekłada się na stałe uczucie smutku, które w chwilach zapomnienia jest przerywane rozmowami na temat ulubionych książek czy zobaczonych miejsc, co na moment odwraca uwagę i nawet wywołuje uśmiech. Ale powierzchowna radość trwa chwilę, potem trzeba jakoś przetrwać do kolejnej. Sposobem na odsuwanie od siebie natrętnych myśli stała się praca, która zajmuje prawie cały czas, a przynajmniej należy sie starać, aby tak było. Takie zapętlenie w codzienności, spowodowało, iż Dziewczyna nie wie dokąd biegnie, ale wie, że biec musi, bo jak się zatrzyma to dopadnie Ją Złe i znów oczy się zaszklą mimochodem.
A oczy ma niesamowite, bardzo ciepłe, które w ciągu paru sekund mogą się zmienić w bryłę lodu. Jakby utkwił w nich kawałek szkła Królowej Śniegu i na przemian topniał i tężał. Słońce odbite w lodowcu.
Ona też należy do tego odłamu nieustających wędrowców, zresztą należymy do niego wszyscy, bo zawsze się znajdzie powód do ucieczki od siebie.
Chciałabym, aby pewnego wieczora pochylił się nad Nią Angus - celtycki bóg snów i swoim zwyczajem urzeczywistnił dowolny sen, a jestem pewna, iż w każdym pojawia się On. Wysoki, przystojny, bliski, daleki, bez twarzy, w płaszczu, półcieniu lub w pełni lata. Jakiś i niosący nadzieję, że jutrzejszy dzień zakwitnie inaczej. I oby po przebudzeniu On nie zniknął i już zawsze był.
piątek, 4 września 2009
Bieguni
Spotykam ich niemal codziennie. Ona szczupła, ze smutną twarzą, na której jak rysy na korze - zasuszyły się lata. Chodzi wolno, rozglądając się uważnie, jakby chciała zapamiętać jak najwięcej z otaczającego ją krajobrazu. Zawsze ma ze sobą wypchaną dużą torbę, która we mnie wzbudza wciąż nowe wątpliwości o zawartość. On zupełnie inny, jakby przysłowiowo dobrali się na zasadzie przeciwieństw; niski, ale dobrze zbudowany i zawsze uśmiechnięty. Zwykle maszeruje szybko i zdecydowanie, przekonując tym samym przypadkowych obserwatorów o doskonałej znajomości nie tylko celu swojej podróży, ale również o tym, że musi zdążyć na czas. Łączy ich niemały podręczny bagaż, który co dzień noszą z niezmiennym przywiązaniem.
Mijam ich w różnych częściach miasta, przeważnie osobno. Lubię momenty ich spotkań, kiedy to w biegu całują się, wymieniają kilka słów i znów odchodzą w swoją stronę.
Gdyby Olga Tokarczuk znała tę historię , kto wie, może zostaliby bohaterami chociażby jednego zdania w książce. I być może to właśnie zdanie przechyliłoby szalę w stronę Nagrody Nike albo innej.
Ale na razie ich opowieść owiana jest tajemnicą, krąży między ulicami, czasami zatrzymuje się na papierosa, by potem natychmiast ruszyć dalej. Coś kupują, coś zbierają lub sprzedają . Kto wie.
Współcześni bieguni być może uciekają przed złem, ale pewnie uciekają i przed niebem. W ruchu wszystko jest prostsze, z oddalenia wszak widać lepiej to, co ważne, a to co warte zapomnienia po prostu znika za horyzontem. Póki jest pragnienie wędrowania, wszystko się może zdarzyć, bo zdarza się zawsze w drodze. I oni to wiedzą, a tym niewtajemniczonym posyłają lekki półuśmiech, bo wiedzą, że prędzej czy później sie z nimi spotkają na jednej z ulic małych lub wielkich miast.
Mijam ich w różnych częściach miasta, przeważnie osobno. Lubię momenty ich spotkań, kiedy to w biegu całują się, wymieniają kilka słów i znów odchodzą w swoją stronę.
Gdyby Olga Tokarczuk znała tę historię , kto wie, może zostaliby bohaterami chociażby jednego zdania w książce. I być może to właśnie zdanie przechyliłoby szalę w stronę Nagrody Nike albo innej.
Ale na razie ich opowieść owiana jest tajemnicą, krąży między ulicami, czasami zatrzymuje się na papierosa, by potem natychmiast ruszyć dalej. Coś kupują, coś zbierają lub sprzedają . Kto wie.
Współcześni bieguni być może uciekają przed złem, ale pewnie uciekają i przed niebem. W ruchu wszystko jest prostsze, z oddalenia wszak widać lepiej to, co ważne, a to co warte zapomnienia po prostu znika za horyzontem. Póki jest pragnienie wędrowania, wszystko się może zdarzyć, bo zdarza się zawsze w drodze. I oni to wiedzą, a tym niewtajemniczonym posyłają lekki półuśmiech, bo wiedzą, że prędzej czy później sie z nimi spotkają na jednej z ulic małych lub wielkich miast.
czwartek, 3 września 2009
To lubię (wspomnieniowo)
Kolejny koncert i kolejne spotkanie z Ireną Jarocką. Nie będę komplementować, bo już kiedyś napisałam wszystko i niech to wystarczy. Wartościowi ludzie najpiękniej dają się poznać w ciszy i w takim właśnie milczeniu, wyważeniu, dobrym tonie jest i trwa p. Irena.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak spotka się wielkiego człowieka, to będzie go można poznać po tym, że jest skromny. To wielka sztuka nie zejść z tej drogi przez całe życie, ale jak widać, czasami się udaje.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak spotka się wielkiego człowieka, to będzie go można poznać po tym, że jest skromny. To wielka sztuka nie zejść z tej drogi przez całe życie, ale jak widać, czasami się udaje.
środa, 15 lipca 2009
Co nam ten rok zabierze...
Wczoraj odszedł Zbigniew Zapasiewicz...ten rok zbiera naprawdę duże żniwo i to w samych diamentach. Bilans dramatycznie leci w dół, a końca zbiorów nie widać. A kiedy straty przewyższają zyski, trzeba coś zrobić. Niech ten rok już się skończy. A przynajmniej niech spokojnie da nam dotrwać do grudnia.
piątek, 26 czerwca 2009
Gone too soon
(zdjęcie zaczerpnięte z: www.michaeljackson.com)"Before you judge me, try hard to love me".
Nie był nigdy moim ulubionym Artystą, ale jedynym, którego płyta mnie rozwaliła na kawałki swego czasu. Pamiętam pierwsze słuchanie "Thrillera", byłam za mała, żeby zrozumieć jak wiele ten album może wnieść do muzyki rozrywkowej, ale przyjęłam ją jako całość. Potem faktycznie okazało się, że każdy utwór po kolei stał się hitem. Do dzisiaj pamiętam z jakim zdziwieniem patrzyłam na zapalające się kostki brukowe w "Billie Jean" albo na szybującą przez całą salę monetę, która wpada z impetem do szafy grającej i rozpoczyna "Smooth criminal". Jackson mnie zaczarował wówczas, myślę, że do dzisiaj pozostał dla mnie Magiem, który udowadniał, że fantazja nie ma granic.
To był Człowiek, który w genialny sposób bawił się kulturą popularną, wziął z niej wszystko co było do wzięcia i oddał, co miał najlepszego. Połączył świetną muzykę, taniec, kicz i uczynił z tej mieszanki sztukę.
Można Jacksona nie lubić, można nie znosić, ale nikt nie podważy roli, którą odegrał w światowej muzyce. Nie ma historii popu bez Jacksona, kto wie, może i nie ma prawdziwego jego początku bez niego. Wszak to on wytyczał ścieżki w możliwościach kreacji samego siebie, każdy następny wykonawca tego gatunku chodził już tylko po wytartych śladach. Jak dobry szachista, zawsze kilka kroków naprzód.
Dzisiaj przeczytałam na forum internetowym wypowiedź fanki, skierowanej do M.J. Oto jej fragment : "...jeśli to (śmierć - przyp. M.) chwyt marketingowy, to świat przecież Ci wybaczy...". Jeśli chwyt - wybaczy z pewnością, a jeśli nie?
piątek, 19 czerwca 2009
Ewa
Długo myślałam nad pseudonimem, ale doszłam do wniosku, że tak jak Ewa nie mieści się w żadnych granicach, tak każdy środek wyrazu będzie nieodpowiedni. Zostałam zatem przy imieniu, tym prawdziwym.
Ewa od początku całościowo nie pasowała do nowego miejsca pracy. Od razu była osobno wobec środowiska, budynku, atmosfery. I to osobno w odmienny sposób niż Mała Elf. Elf wyróżniała tajemnica, a Ewę jej brak, przejawiający się rozbrajającą szczerością. Dzisiaj ta cecha jest bardzo rzadka i chyba niepożądana. Skoro niemal każdy prowadzi jakąś grę wobec drugiego człowieka, zakłada odpowiednie maski, to kto tego nie robi automatycznie staje się obcym. I Ewa właśnie była obca.
Ewa to właściwie dzieciak uwięziony w ciele kobiety. Przypomina mi trochę bohatera "Blaszanego bębenka" w swojej premedytacji trwania w niedojrzałości. Uwiła sobie kokon z waty cukrowej i tak bezpiecznie sobie w nim trwa, ale kto powiedział, że trzeba mieć pomysł na jutro, przecież można inaczej. A młodość ma swoje przywileje, z których niełatwo zrezygnować - wolność, brak konieczności wczepiania się w życie, smakowanie tegoż życia bez konsekwencji i w końcu bezkarność popełnianych błędów. Młodość jest piękna, bo nieustannie wybaczająca.
I ta lekkość bycia chyba drażniła wszystkich, bo przecież jak tak można funkcjonować bez planu, perspektyw, tylko z marzeniami. Drażniła, ale chyba w każdym też budziła lekką zazdrość, a zwłaszcza w tych, którzy dawno być dziećmi przestali, a nawet nie wiadomo czy byli nimi kiedykolwiek. Bo przecież nie ma nic gorszego jak być uwięzionym w jakiejś formie, mieć tego świadomość, ale nie wiedzieć jak się z tego błędnego koła wydostać. I nagle pojawia się ktoś bez formy, który może wszystko - pójść w lewo, w prawo, zatrzymać się. I żaden miecz nad nim nawet nie drgnie.
Ewa to najkrócej - kolorowy motyl, który wleciał na moment, oświetlił smutne miejsce swoim blaskiem i zniknął. I znów śmiech zamieni się w ciszę, jak było na początku. Ale przecież motyle żyją jeden dzień, do zmierzchu. Potem zostaje tylko noc.
Ewa od początku całościowo nie pasowała do nowego miejsca pracy. Od razu była osobno wobec środowiska, budynku, atmosfery. I to osobno w odmienny sposób niż Mała Elf. Elf wyróżniała tajemnica, a Ewę jej brak, przejawiający się rozbrajającą szczerością. Dzisiaj ta cecha jest bardzo rzadka i chyba niepożądana. Skoro niemal każdy prowadzi jakąś grę wobec drugiego człowieka, zakłada odpowiednie maski, to kto tego nie robi automatycznie staje się obcym. I Ewa właśnie była obca.
Ewa to właściwie dzieciak uwięziony w ciele kobiety. Przypomina mi trochę bohatera "Blaszanego bębenka" w swojej premedytacji trwania w niedojrzałości. Uwiła sobie kokon z waty cukrowej i tak bezpiecznie sobie w nim trwa, ale kto powiedział, że trzeba mieć pomysł na jutro, przecież można inaczej. A młodość ma swoje przywileje, z których niełatwo zrezygnować - wolność, brak konieczności wczepiania się w życie, smakowanie tegoż życia bez konsekwencji i w końcu bezkarność popełnianych błędów. Młodość jest piękna, bo nieustannie wybaczająca.
I ta lekkość bycia chyba drażniła wszystkich, bo przecież jak tak można funkcjonować bez planu, perspektyw, tylko z marzeniami. Drażniła, ale chyba w każdym też budziła lekką zazdrość, a zwłaszcza w tych, którzy dawno być dziećmi przestali, a nawet nie wiadomo czy byli nimi kiedykolwiek. Bo przecież nie ma nic gorszego jak być uwięzionym w jakiejś formie, mieć tego świadomość, ale nie wiedzieć jak się z tego błędnego koła wydostać. I nagle pojawia się ktoś bez formy, który może wszystko - pójść w lewo, w prawo, zatrzymać się. I żaden miecz nad nim nawet nie drgnie.
Ewa to najkrócej - kolorowy motyl, który wleciał na moment, oświetlił smutne miejsce swoim blaskiem i zniknął. I znów śmiech zamieni się w ciszę, jak było na początku. Ale przecież motyle żyją jeden dzień, do zmierzchu. Potem zostaje tylko noc.
środa, 17 czerwca 2009
Relacja z nieodbytej rozmowy
Tę panią znałam słabo. Była znajomą moich dziadków. Czasami odwiedzałam ją w jej ciasnym mieszkanku na Franciszkańskiej. To był jeden pokój z kuchnią i na dodatek pracownia krawiecka, bo szycie to była pasja, której kobieta oddawała się namiętnie. Właściwie była chyba jedyną osobą jaką znałam, tak desperacko przypiętą do tego co kocha, mimo, iż brakowało jej talentu. Szyła i poprawiała, znów szyła i znów pruła, aż w końcu osiągała zamierzony efekt i jej oczom ukazywała się wymarzona czyjaś sukienka czy płaszcz. I patrząc na efekt, nigdy nie ośmieliłabym stawiać talentu ponad wytrwałość.
Ostatnio spotkałam ją rok temu, nasze spojrzenia zatrzymały się na sobie przez moment, ale żadna z nas nie pamiętała skąd zna tę drugą. Ona nawet przystanęła, ale ja poszłam w swoją stronę, w końcu wiedziałam, że prędzej czy później to imię do mnie wróci.
Dzisiaj idąc przez miasto natknęłam się na nekrolog. Na częściowo odklejonej już kartce powiewało jej nazwisko. Nazwisko bezpańskie, żyjące już własną historią, oderwaną od dotychczasowej właścicielki. I przypomniało mi się dzisiaj tamto spotkanie, krótka rozmowa oddalających się spojrzeń. I po raz kolejny zadziwiła mnie ludzka pamięć, bo pamiętam wszystko - jej strój, zieloną chustkę na głowie, pocerowaną torbę z zakupami i te szare oczy wpatrzone we mnie i szukające mojej twarzy wśród miliona zatrzymanych w swoim osiemdziesięcioletnim życiu. Dlatego coraz częściej myślę, iż człowiek pamięta wszystko, tylko większość zdarzeń jest uśpiona, żeby nie zwariować. Nigdy jednak nie wiadomo co i kiedy wróci. I jak zaboli.
Ostatnio spotkałam ją rok temu, nasze spojrzenia zatrzymały się na sobie przez moment, ale żadna z nas nie pamiętała skąd zna tę drugą. Ona nawet przystanęła, ale ja poszłam w swoją stronę, w końcu wiedziałam, że prędzej czy później to imię do mnie wróci.
Dzisiaj idąc przez miasto natknęłam się na nekrolog. Na częściowo odklejonej już kartce powiewało jej nazwisko. Nazwisko bezpańskie, żyjące już własną historią, oderwaną od dotychczasowej właścicielki. I przypomniało mi się dzisiaj tamto spotkanie, krótka rozmowa oddalających się spojrzeń. I po raz kolejny zadziwiła mnie ludzka pamięć, bo pamiętam wszystko - jej strój, zieloną chustkę na głowie, pocerowaną torbę z zakupami i te szare oczy wpatrzone we mnie i szukające mojej twarzy wśród miliona zatrzymanych w swoim osiemdziesięcioletnim życiu. Dlatego coraz częściej myślę, iż człowiek pamięta wszystko, tylko większość zdarzeń jest uśpiona, żeby nie zwariować. Nigdy jednak nie wiadomo co i kiedy wróci. I jak zaboli.
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Ja, Irena i...krótka opowieść


Przyznaję się, że wzruszam się niezmiernie rzadko. Aby mnie wzruszyć w piosence potrzeba Edyty Geppert, aby mnie wzruszyć słowem potrzeba Agnieszki Osieckiej, natomiast, żeby mnie wzruszyć wrażliwością i sposobem bycia...o tutaj konieczna jest Irena Jarocka.
Pamiętam pierwsze spotkanie podczas promocji płyty w warszawskim Empiku. Ja chora niemiłosiernie, z temperaturą powyżej 38 stopni, na antybiotyku. Nawet nie miałam sił aby się zachwycić jak przystało - całościowo i do końca. Pamiętam jednak, że pani Irena chciała się przytulić na powitanie, na co ja, że zarażam i wtedy ona powiedziała coś, co mnie obudziło: "daj spokój". Dwa zwykłe słowa, a sprawiły, że stała się "moją" na zawsze. I ta oczywistość kontaktu, ciepło i co najważniejsze wewnętrzna elegancja są zauważalne na co dzień. Ta elegancja sprawia, że nawet w trampkach i t-shircie miałaby klasę. I mimo, że teraz to już oczywiste, za każdym razem zachwycam się tak samo. Może dlatego, że współczesny świat jest bardzo zamknięty na drugiego człowieka, a może po prostu bardzo rzadko jest spotykana taka osobowość. I tyle. Nic więcej naprawdę nie trzeba.
sobota, 6 czerwca 2009
Wspomnienie korporacji
Niezbyt miłe, ale uświadomiło mi bardzo ważną rzecz, a mianowicie, że nie pasuję do takiej organizacji społecznej. Nieustanny bieg w pogoni za pieniądzem, dumnie nazwany rozwojem osobistym. Czyli być, w którym tak naprawdę tylko chodzi o mieć, a może właśnie o to chodzi w świecie.
W każdym razie nasza mała korporacja została stworzona na siłę. Nikt do niej nie pasował, ani ci, którzy nią kierowali ani ci, którzy współtworzyli. Tzw. zarząd czyli Petermat i Piotruś Pan. Dwie różne osobowości, które mogły się przyjaźnić w życiu, ale kompletnie nie nadawały się do wspólnego biznesu. Petermat oderwany, słuchający Pink Floyd, często uciekający myślami, nieobecny. Piotruś Pan chaotyczny, pozujący na prezesa, wieczny chłopiec nie mający żadnego punktu odniesienia w rzeczywistości. Petermat był szczęśliwy w odległej przeszłości, kiedy robił, to co lubił, potem stopniowo gasł, by teraz zniknąć niemal całkowicie. Piotruś chyba szczęśliwy nigdy nie był.
A my? Adam najbardziej korporacyjny z całego zespołu, podporządkował się regułom gry w którą grał. Znał cenę i chętnie ją płacił. Jednak momentami, gdy nikt nie patrzył, potrafił się pozbyć garnituru i odprogramować na świat. Ania również nieco zaprogramowana, ale tym razem przez żonę Petermata. Długie przebywanie w jej towarzystwie sprawiło, że nawet uśmiechy miały takie same, nie wspominając już o wymianie przepisów na sernik czy stylistki , które zawsze w dobrym tonie. Ale Ania za słaba psychicznie, sam kostium nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze mało czuły system nerwowy a tego się Ani nie udało wypracować. Magda. Magdę polubiłam od razu, bo była inna. Jak ją zobaczyłam ze śmieszną fryzurą i łotrzykowskim uśmiechem, wiedziałam, że nie pasuje do tego miejsca. I faktycznie osobę z tyloma fantastycznymi pasjami, korporacja mogła tylko stłamsić, a nie rozwinąć, a Magda potrzebowała skrzydeł. Jola przypominała wystraszone zwierzątko, od początku cicha, nieśmiała, świetny materiał do podporządkowania. W jakimś stopniu na pewno się to udało, przynajmniej Piotrusiowi, który roztoczył nad Jolą swój urok osobisty niczym parasol ochronny. Jola też słaba, a fason, który trzyma dzielnie okupuje dzienną porcją strachu zmieszanego z drżeniem rąk. Monikę też polubiłam szybko. Chyba dlatego, że ma w sobie dużo z dziecka. To dziecko jest w uśmiechu, w gestach, w naśladowaniu innych. Przepływa przez nią świat, stąd duża wrażliwość i współodczuwanie. A te cechy są niepożądane w biznesie, tam musi być odporność słonia, a tej Monika nie miała. Agnieszki nie dane mi było poznać, więc pominę. Podobnie Mariolę, za krótko, zbyt osobnie. Ja również nie nadawałam się do roli, której ode mnie wymagano. Wielkie firmy zawsze mnie śmieszyły. Garnitury, mowa ciała, biznesowe żarty, chłód pomieszczeń. Zawsze byłam poza i kto jak kto, ale Petermat o tym wiedział od początku i chyba nigdy nie uwierzył w moje zaangażowanie.
Tak jak patrzę z perspektywy czasu, to z tego materiału nie mogło nic powstać. Ludzie owszem, zmieszali się, ale nigdy nie stworzyli spójnej konsystencji zespołu, który wspólnymi siłami dąży do sukcesu firmy. Konglomerat rozłaził się we wszystkie możliwe strony, aż w końcu rozpadł się całkowicie. Na szczęście.
W każdym razie nasza mała korporacja została stworzona na siłę. Nikt do niej nie pasował, ani ci, którzy nią kierowali ani ci, którzy współtworzyli. Tzw. zarząd czyli Petermat i Piotruś Pan. Dwie różne osobowości, które mogły się przyjaźnić w życiu, ale kompletnie nie nadawały się do wspólnego biznesu. Petermat oderwany, słuchający Pink Floyd, często uciekający myślami, nieobecny. Piotruś Pan chaotyczny, pozujący na prezesa, wieczny chłopiec nie mający żadnego punktu odniesienia w rzeczywistości. Petermat był szczęśliwy w odległej przeszłości, kiedy robił, to co lubił, potem stopniowo gasł, by teraz zniknąć niemal całkowicie. Piotruś chyba szczęśliwy nigdy nie był.
A my? Adam najbardziej korporacyjny z całego zespołu, podporządkował się regułom gry w którą grał. Znał cenę i chętnie ją płacił. Jednak momentami, gdy nikt nie patrzył, potrafił się pozbyć garnituru i odprogramować na świat. Ania również nieco zaprogramowana, ale tym razem przez żonę Petermata. Długie przebywanie w jej towarzystwie sprawiło, że nawet uśmiechy miały takie same, nie wspominając już o wymianie przepisów na sernik czy stylistki , które zawsze w dobrym tonie. Ale Ania za słaba psychicznie, sam kostium nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze mało czuły system nerwowy a tego się Ani nie udało wypracować. Magda. Magdę polubiłam od razu, bo była inna. Jak ją zobaczyłam ze śmieszną fryzurą i łotrzykowskim uśmiechem, wiedziałam, że nie pasuje do tego miejsca. I faktycznie osobę z tyloma fantastycznymi pasjami, korporacja mogła tylko stłamsić, a nie rozwinąć, a Magda potrzebowała skrzydeł. Jola przypominała wystraszone zwierzątko, od początku cicha, nieśmiała, świetny materiał do podporządkowania. W jakimś stopniu na pewno się to udało, przynajmniej Piotrusiowi, który roztoczył nad Jolą swój urok osobisty niczym parasol ochronny. Jola też słaba, a fason, który trzyma dzielnie okupuje dzienną porcją strachu zmieszanego z drżeniem rąk. Monikę też polubiłam szybko. Chyba dlatego, że ma w sobie dużo z dziecka. To dziecko jest w uśmiechu, w gestach, w naśladowaniu innych. Przepływa przez nią świat, stąd duża wrażliwość i współodczuwanie. A te cechy są niepożądane w biznesie, tam musi być odporność słonia, a tej Monika nie miała. Agnieszki nie dane mi było poznać, więc pominę. Podobnie Mariolę, za krótko, zbyt osobnie. Ja również nie nadawałam się do roli, której ode mnie wymagano. Wielkie firmy zawsze mnie śmieszyły. Garnitury, mowa ciała, biznesowe żarty, chłód pomieszczeń. Zawsze byłam poza i kto jak kto, ale Petermat o tym wiedział od początku i chyba nigdy nie uwierzył w moje zaangażowanie.
Tak jak patrzę z perspektywy czasu, to z tego materiału nie mogło nic powstać. Ludzie owszem, zmieszali się, ale nigdy nie stworzyli spójnej konsystencji zespołu, który wspólnymi siłami dąży do sukcesu firmy. Konglomerat rozłaził się we wszystkie możliwe strony, aż w końcu rozpadł się całkowicie. Na szczęście.
sobota, 30 maja 2009
Czułość
Czułość Magdaleny Zawadzkiej, która wspomina Gustawa Holoubka. Tyle ciepła, spokoju w głosie. Może nieco maniery zdrobnień, ale to przecież bez znaczenia. To, co zwróciło moją uwagę to tak niezwykle dzisiaj zwykła czułość nie tyle do mężczyzny, ale człowieka przede wszystkim. Czułość obecności i wdzięczności za obecność. Nic więcej nie trzeba.
***
Spotkanie z Magdaleną Zawadzką odbyło się 28. maja w MBP w Opolu.
czwartek, 21 maja 2009
Edi
Pracowałam kiedyś przy rozdawaniu bezpłatnej gazety. Stojąc codziennie w tym samym miejscu przez kilka miesięcy, zdążyłam poznać wielu ludzi, którzy o tej samej porze dokądś zmierzali. Pani z kokiem na spacer z jamnikiem, inna pani na ten sam autobus i znów spóźniona, pan na rowerze na działkę. Ten zawsze punktualnie o dziewiątej przejeżdżał obok mnie, wyrywając z ręki jedną z ostatnich gazet. Nadawałam im w myślach nazwy, odpowiadające jakimś wyrazistym cechom bądź wyglądu, bądź zachowania. Zatem kobieta z kokiem była Marylą, gdyż do złudzenia przypominała Marylę Cuthbert z "Ani z Zielonego Wzgórza", jąkający się, wysoki brunet został ochrzczony "Goofy". Każdego dnia, tuż po siódmej, mijał mnie obojętnie oberwany człowiek z dużym wózkiem. Zwykle mieścił on makulaturę, puszki, butelki, bardzo rzadko przedmioty użytkowe większych gabarytów. Zapewne taka lodówka, czy telewizor odnaleziony na śmietniku to uczta po długim czasie głodówki, "sekunda karnawału w środku postu", jakby to określił Świetlicki. Nie wiem dokąd zmierzał, ale zawsze zatrzymywał się w pobliskiej Biedronce, gdzie kupował dwa piwa "V.I.P.", by potem, już spokojniej, oddalić się ze swoim dobytkiem i chyboczącą się reklamówką w, pewnie znajomą, perspektywę dnia.
Kiedyś nie przyszedł. Zastanowiło mnie to, bo brak jakiejkolwiek osoby w ustalonym porządku przykuwał moją uwagę. W taki sposób domyślałam się chorób, urlopów, nieszczęśliwych wypadków. Czasami wątpliwości się rozwiewały po kliku dniach, bo Ci zagubieni w końcu kiedyś wracali i opowiadali utraconą historię. Ta zagadka rozwikłała się już po kilku godzinach. Ów człowiek przyszedł do mnie specjalnie, bez wózka, bez alkoholu nawet bez zamiaru wzięcia, zwykle bezużytecznego dla niego, magazynu. Pierwszy raz szczęśliwy, inny. Nagle wyciągnął zza poszarpanej kurtki małą jaskółkę. "Wypadła z gniazda, to zabrałem. Ona sama, ja sam, to sobie musimy pomagać, nie?"i nie czekając na odpowiedź odszedł. Nigdy więcej go nie widziałam.
Nie wiem, czy to zdarzenie zmieniło jego życie, na pewno zmieniło moje. Każdy przecież czeka na chociaż jeden wygrany dzień. Edi wygrał nie przechodząc obojętnie wobec tragedii samotności skazującej na śmierć. Kto wie, może w tej jaskółce zobaczył siebie.
Kiedyś nie przyszedł. Zastanowiło mnie to, bo brak jakiejkolwiek osoby w ustalonym porządku przykuwał moją uwagę. W taki sposób domyślałam się chorób, urlopów, nieszczęśliwych wypadków. Czasami wątpliwości się rozwiewały po kliku dniach, bo Ci zagubieni w końcu kiedyś wracali i opowiadali utraconą historię. Ta zagadka rozwikłała się już po kilku godzinach. Ów człowiek przyszedł do mnie specjalnie, bez wózka, bez alkoholu nawet bez zamiaru wzięcia, zwykle bezużytecznego dla niego, magazynu. Pierwszy raz szczęśliwy, inny. Nagle wyciągnął zza poszarpanej kurtki małą jaskółkę. "Wypadła z gniazda, to zabrałem. Ona sama, ja sam, to sobie musimy pomagać, nie?"i nie czekając na odpowiedź odszedł. Nigdy więcej go nie widziałam.
Nie wiem, czy to zdarzenie zmieniło jego życie, na pewno zmieniło moje. Każdy przecież czeka na chociaż jeden wygrany dzień. Edi wygrał nie przechodząc obojętnie wobec tragedii samotności skazującej na śmierć. Kto wie, może w tej jaskółce zobaczył siebie.
niedziela, 17 maja 2009
Z notatek odnalezionych - P. (04.2006.)
Na początku było słowo. Od kiedy jednak słowo zaczęło się obracać i przybrało kształt litery P. nic już nie było jasne. P. był zasadą, równaniem matematycznym o możliwie największej liczbie rozwiązań, przy czym jedno rozwiązanie zaprzeczało drugiemu, a to drugie - kolejnym. Stąd też P. budził sprzeczne uczucia od gniewu i bezsilności, po najsilniejsze- nieustannego powrotu.
Przesłanek było niewiele - dyplom z Hemara, kilka akordów Watersa, "Imagine" Lennona płynące z komórki marki Siemens i ta cholerna szczegółowość historii. Pewnego dnia P. przybrał postać strzykwy (Holothuria edulis rote), która pękła w swej naturze dokładnie w połowie. Rozpadł się zatem na formę i ulotność, i każda w swoją stronę pragnęła uciekać i w końcu pozostawała niewzruszona.Treścią P. było bowiem unicestwianie i odnajdywanie, zbieżność przeciwstawienia, stąd każdy początek był od razu wynikiem, a każdy wynik-nieprawdziwym. P. doświadczał siebie przez innych i nie był w tym odosobniony,ale nie wiedział,że im więcej odnajdzie swojego,nawet w przypadkowych ludziach,zdarzeniach,tym łatwiej ucieknie przed formą. Nie, nieprawda,że nie wiedział, wiedział dobrze, ale nie pamiętał siebie w innych,ba, nawet nie pamiętał siebie w sobie,czasami tylko jakiś dźwięk,litery układające się w słowo Vonnegut,nawet całe zdania i wtedy nawet on wpadał w zastawioną przez siebie pułapkę wiecznego powrotu.
Przy-bycie P. wprowadziło zamęt w słowach, znaczenia zaczęły się rozrastać,otwierać na inne wymiary,łamały się wbrew wszelkim zasadom, zresztą P. zburzył wszystkie zasady.
Na końcu też będzie słowo.
Przesłanek było niewiele - dyplom z Hemara, kilka akordów Watersa, "Imagine" Lennona płynące z komórki marki Siemens i ta cholerna szczegółowość historii. Pewnego dnia P. przybrał postać strzykwy (Holothuria edulis rote), która pękła w swej naturze dokładnie w połowie. Rozpadł się zatem na formę i ulotność, i każda w swoją stronę pragnęła uciekać i w końcu pozostawała niewzruszona.Treścią P. było bowiem unicestwianie i odnajdywanie, zbieżność przeciwstawienia, stąd każdy początek był od razu wynikiem, a każdy wynik-nieprawdziwym. P. doświadczał siebie przez innych i nie był w tym odosobniony,ale nie wiedział,że im więcej odnajdzie swojego,nawet w przypadkowych ludziach,zdarzeniach,tym łatwiej ucieknie przed formą. Nie, nieprawda,że nie wiedział, wiedział dobrze, ale nie pamiętał siebie w innych,ba, nawet nie pamiętał siebie w sobie,czasami tylko jakiś dźwięk,litery układające się w słowo Vonnegut,nawet całe zdania i wtedy nawet on wpadał w zastawioną przez siebie pułapkę wiecznego powrotu.
Przy-bycie P. wprowadziło zamęt w słowach, znaczenia zaczęły się rozrastać,otwierać na inne wymiary,łamały się wbrew wszelkim zasadom, zresztą P. zburzył wszystkie zasady.
Na końcu też będzie słowo.
sobota, 16 maja 2009
Dziadkowie
Czy istnieli naprawdę? Trzy lata temu wiatr ich zdmuchnął jak świece. Jedną po drugiej.
Dziadek był po prostu dobry. Taki przykład dobroci milczącej, która niewiele mówi, ale docenia się ją jak wyda plon, choć pamięć ziarna już w nas przepadła. Odkąd pamiętam świat Dziadka był ściśle poukładany-te same sklepy, odwiedzane codziennie w niezmiennej kolejności, prenumerowane od lat gazety, listy bezpiecznie dochodziły do adresatów tylko z jednej poczty. Wraz z poukładaniem współistniała jakaś przedziwna zgoda na świat we wszystkich jego przejawach, także tych najokrutniejszych. Nawet z wojny i zesłania na roboty do Niemiec Dziadek przywiózł tylko dobre wspomnienia, jak chociażby opowieść o dwóch koniach, które podczas burzy w szczerym polu zakleszczyły się tak, aby Dziadek mógł się pod nimi schronić. Złe chwile pewnie powracały do niego jak na przykład ścinał swoje ukochane pelargonie albo oglądał Teleexpress, ale równie szybko musiała odganiać je inna myśl, inne zajęcie. Była w Dziadku bowiem jakaś intensywność życia, wypełnienie dnia do ostatniej minuty, które sprawiało wrażenie ucieczki, może nawet świadomej, przed śmiercią. Złudzeniem, że zajętego człowieka śmierć nie może dotyczyć, bo ciągle jest coś do zrobienia, jakże przecież umrzeć w pół ścinania drzewa, w pół zmęczenia. To nieludzkie. Okazało się jednak, że Boskie jak najbardziej. Kiedy dowiedział się o wyroku, uczepił się życia jeszcze mocniej, licząc, że jeśli zapomni o tym, to wyrok też nie zapadnie. Po raz kolejny się pomylił, ale żył najdłużej jak można było, kilka razy też wymknął się w życie, na złość lekarzom, pochylającym się z zegarkiem nad łóżkiem szpitalnym.
Babcia z pewnością była tą cierpiącą. Tam gdzie są dwie schorowane osoby, ktoś musi być silniejszy i przejąć pozycję zdrowego. Tym silniejszym został Dziadek. Kiedy świat Babci zamknął się w granicach pokoju z telewizorem i oknem na sąsiednią kamienicę i fragment nieba, Dziadek zrozumiał jakim jest szczęściarzem mogąc codziennie rano o własnych siłach wychodzić po bułki i tę odkładaną co dzień Trybunę.
W Babci do końca dni żyła pamięć wojny, która nieodmiennie przywoływała stratę rodziców, podróż podłym wagonem na Syberię, mróz oraz brukiew, której organizm mimo głodu potem już nie przyjmował. Słyszałam poszczególne historie po kilka razy, ale za każdym pojawiało się to samo niedowierzanie, że osoba siedząca naprzeciwko mogła tyle przejść, a dzisiaj żyć jak inni z tylko swoją, osobną tragedią, ukrytą bardzo głęboko.
Im Babcia była starsza tym częściej powracało do Niej dzieciństwo. Znów była blisko rodziców, których jeszcze nie dosięgło wygnanie i mogła swobodnie biegać po wciąż nie nabrzmiałym wojną polu. Zawsze się uśmiechała na wspomnienie ukrytej w łóżku kotki czy pieczonej w ognisku kradzionej kukurydzy. Jej pamięć zataczała coraz to węższe kręgi, tak aby pod sam koniec drogi zmieścić się w drewnianym domku na końcu podolskiej wsi.
Wszystko, co we mnie najcenniejsze zawdzięczam właśnie Im. Mam im za złe tylko jedno, że podczas każdej wizyty dawali mi pieniądze. Były to drobne sumy, symboliczne, ale we mnie jako w dziecku ten gest wyrobił odruch Pawłowa, tak, że podświadomie liczyłam na nagrodę za obecność. Z wiekiem byłam coraz bardziej świadoma popełnionego wobec mnie błędu, ale nadal nie umiałam oddzielić tych dwóch spraw. Oddzieliłam dopiero po śmierci Dziadków, kiedy to pieniądze nie były mi potrzebne, a Oni tak. To jednak za wysoka cena za moją zachłanność, a może właśnie odpowiednia, jeśli to najgorsze z przewinień.
Dziadek był po prostu dobry. Taki przykład dobroci milczącej, która niewiele mówi, ale docenia się ją jak wyda plon, choć pamięć ziarna już w nas przepadła. Odkąd pamiętam świat Dziadka był ściśle poukładany-te same sklepy, odwiedzane codziennie w niezmiennej kolejności, prenumerowane od lat gazety, listy bezpiecznie dochodziły do adresatów tylko z jednej poczty. Wraz z poukładaniem współistniała jakaś przedziwna zgoda na świat we wszystkich jego przejawach, także tych najokrutniejszych. Nawet z wojny i zesłania na roboty do Niemiec Dziadek przywiózł tylko dobre wspomnienia, jak chociażby opowieść o dwóch koniach, które podczas burzy w szczerym polu zakleszczyły się tak, aby Dziadek mógł się pod nimi schronić. Złe chwile pewnie powracały do niego jak na przykład ścinał swoje ukochane pelargonie albo oglądał Teleexpress, ale równie szybko musiała odganiać je inna myśl, inne zajęcie. Była w Dziadku bowiem jakaś intensywność życia, wypełnienie dnia do ostatniej minuty, które sprawiało wrażenie ucieczki, może nawet świadomej, przed śmiercią. Złudzeniem, że zajętego człowieka śmierć nie może dotyczyć, bo ciągle jest coś do zrobienia, jakże przecież umrzeć w pół ścinania drzewa, w pół zmęczenia. To nieludzkie. Okazało się jednak, że Boskie jak najbardziej. Kiedy dowiedział się o wyroku, uczepił się życia jeszcze mocniej, licząc, że jeśli zapomni o tym, to wyrok też nie zapadnie. Po raz kolejny się pomylił, ale żył najdłużej jak można było, kilka razy też wymknął się w życie, na złość lekarzom, pochylającym się z zegarkiem nad łóżkiem szpitalnym.
Babcia z pewnością była tą cierpiącą. Tam gdzie są dwie schorowane osoby, ktoś musi być silniejszy i przejąć pozycję zdrowego. Tym silniejszym został Dziadek. Kiedy świat Babci zamknął się w granicach pokoju z telewizorem i oknem na sąsiednią kamienicę i fragment nieba, Dziadek zrozumiał jakim jest szczęściarzem mogąc codziennie rano o własnych siłach wychodzić po bułki i tę odkładaną co dzień Trybunę.
W Babci do końca dni żyła pamięć wojny, która nieodmiennie przywoływała stratę rodziców, podróż podłym wagonem na Syberię, mróz oraz brukiew, której organizm mimo głodu potem już nie przyjmował. Słyszałam poszczególne historie po kilka razy, ale za każdym pojawiało się to samo niedowierzanie, że osoba siedząca naprzeciwko mogła tyle przejść, a dzisiaj żyć jak inni z tylko swoją, osobną tragedią, ukrytą bardzo głęboko.
Im Babcia była starsza tym częściej powracało do Niej dzieciństwo. Znów była blisko rodziców, których jeszcze nie dosięgło wygnanie i mogła swobodnie biegać po wciąż nie nabrzmiałym wojną polu. Zawsze się uśmiechała na wspomnienie ukrytej w łóżku kotki czy pieczonej w ognisku kradzionej kukurydzy. Jej pamięć zataczała coraz to węższe kręgi, tak aby pod sam koniec drogi zmieścić się w drewnianym domku na końcu podolskiej wsi.
Wszystko, co we mnie najcenniejsze zawdzięczam właśnie Im. Mam im za złe tylko jedno, że podczas każdej wizyty dawali mi pieniądze. Były to drobne sumy, symboliczne, ale we mnie jako w dziecku ten gest wyrobił odruch Pawłowa, tak, że podświadomie liczyłam na nagrodę za obecność. Z wiekiem byłam coraz bardziej świadoma popełnionego wobec mnie błędu, ale nadal nie umiałam oddzielić tych dwóch spraw. Oddzieliłam dopiero po śmierci Dziadków, kiedy to pieniądze nie były mi potrzebne, a Oni tak. To jednak za wysoka cena za moją zachłanność, a może właśnie odpowiednia, jeśli to najgorsze z przewinień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






