wtorek, 1 września 2009

Dobra śmierć II

Dzisiaj natknęłam się na martwego kota. Ze względu na gabaryty zwierzątka, nie dało się go nie zauważyć. Leżał na środku trawnika, pomiędzy chodnikiem, a jezdnią. Biały z czarnymi łapkami i czarną łatą na łebku. Piękny. Nic go nie przejechało, nic nie zaatakowało, jak bohater opowiadania Czechowa po prostu wziął i umarł. Wyglądał jak porcelanowa figurka, która przewróciła się na wietrze. Wciąż dostojnie i całkiem zwyczajnie, idealnie wkomponowując się w jeszcze soczystą, sierpniową zieleń. Przez chwilę odniosłam nawet wrażenie, że kot zaraz się podniesie i pójdzie w swoją stronę, jak to pewnie miał jeszcze wczoraj w zwyczaju; ale nic się nie wydarzyło i już się nie wydarzy. Tak dyskretnie wyjść ze świata to wielka sztuka.

4 komentarze:

Latarnik pisze...

Obawiam się, że bardzo niewielu ludzi ma ten dar dyskretnego odchodzenia... A zwierzęta owszem..

Holden Caulfield pisze...

tak po prostu umrzeć - to sztuka

odejścia

szamanick pisze...

Godnie na spotkanie śmierci (jak bażant!). Ja niestety mało w życiu widziałem zwierząt, które odchodziły z własnej nieprzymuszonej woli. Najczęściej ktoś decydował za nie.

Choć kilka tygodni temu pod płotem zauważyłem martwe szponiaste coś, stan stworzenia nie pozwolił na zidentyfikowanie laikowi jakim jestem, choć stawiałbym na młodą pustułkę. W pierwszej, szalonej chwili pomyślałem, że to jakiś ptasi pijaczek, który skończył, jak zwykle kończą pijaczki, ale chyba jednak to nie było to...

Małgorzata pisze...

Chyba zwierzęta faktycznie umierają cicho, tak samo jak żyją zresztą.