środa, 3 czerwca 2009

Wyrywanie Człowieka


Wyrywanie Człowieka nie boli. Boli brak. Tamten czas, droga, bolą słowa, których padło za dużo, tamta herbata wypita wspólnie i kto wiedział, że nie będzie dalej. Najbardziej jednak boli ja oddane i nie przyjęte, może nawet nie zauważone, bo tyle się dzieje, rozprasza wszystko. Mężczyzna w płaszczu, inna ona, deszcz, telefon, rozpruty rękaw. Nie boli. Tym się różni od wyrwania zęba, bo ból odciąga uwagę od pustego miejsca.

sobota, 30 maja 2009

Czułość


Czułość Magdaleny Zawadzkiej, która wspomina Gustawa Holoubka. Tyle ciepła, spokoju w głosie. Może nieco maniery zdrobnień, ale to przecież bez znaczenia. To, co zwróciło moją uwagę to tak niezwykle dzisiaj zwykła czułość nie tyle do mężczyzny, ale człowieka przede wszystkim. Czułość obecności i wdzięczności za obecność. Nic więcej nie trzeba.
***
Spotkanie z Magdaleną Zawadzką odbyło się 28. maja w MBP w Opolu.

środa, 27 maja 2009

Pęknięcie

Czasami świat pęka na pół. Tak jak dzisiaj. Szłam do pracy jak co dzień i nagle przede mną pół drogi w deszczu, a za mną jeszcze wciąż sucha przestrzeń. Pół kroku dzieliło mnie od chmury. Dziwne to uczucie znaleźć się pomiędzy. A jednak jak się tak przyjrzeć bliżej to naturalny stan człowieka. Ileż to razy między pewnością a zawahaniem, zgodą a niesmakiem, mniejszym i większym złem, powagą a żartem, uwagą a rozproszeniem, prawdą a zmyśleniem, smutkiem a radością, nagłą i niespodziewaną. Nawet dzień nie przechodzi ot tak w noc, a morze w niebo - tylko w oddali złudzenia optycznego. Permanentne zawieszenie w chwili, która też przecież przejściowa.

Ogon odnaleziony

Pies jest ogromnym szczęściarzem. Gubienie i odnajdywanie u niego na porządku dziennym.
Taki ogon na przykład. Ileż to razy zapominał, że jest, by potem radośnie zobaczyć i w tej radości się zatracić. Człowiekowi ciało raz dane i na kilka zachwytów zaledwie w dzieciństwie, gdzie także błogosławione odkrywanie na nowo i zapominanie. A potem wszystko znajome i tak zwyczajne. A gdyby raz, że ręka, noga, ucho chociażby. Ale to przecież śmieszne i nie przystoi. Wypada natomiast bawić się słowami, powtarzać jedno na okrągło aż do utraty znaczenia, miazgi samogłosek i spółgłosek, aż powstanie nowe. Chociaż na moment wymknąć się temu co określone i nazwane. Słowa bardziej nasze niż ciało, może dlatego.

sobota, 23 maja 2009

Lokomobila samobieżna


Stanęła dzisiaj w centrum Opola. Sprowadzona z poznańskiego muzeum, wzbudziła zainteresowanie w może nie najbardziej nowoczesnym, ale jednak współczesnym mieście. Przykuwała uwagę każdego przechodnia, nawet wycieczka z Niemiec się przy niej zatrzymała, by zrobić zdjęcia. Przystanęłam i ja, w końcu nie co dzień spotyka się na swojej drodze pamiątkę sprzed co najmniej stu lat. Kiedyś była potrzebna. Odciążała ludzi, jej koła grzęzły w pulchnej ziemi, a para, którą z siebie wyrzucała szła prosto w niebo. Nawet jeśli nie woziła podróżnych, a jej tory zamykały się w obrębie pola, to w sens jej użyteczności była wpisana droga. Bez ruchu staje się zbędna; zastąpiona przez nowocześniejsze maszyny przechodzi łagodnie w zabytek, który już można tylko oglądać.
Tak sobie myślę, co będą oglądać zainteresowani za kolejnych sto, dwieście lat. Czy odrapana laweta przywiezie Audi A5 Coupe, Abarth 500... A ludzie poruszający się powietrznymi kolejkami i samochodami z licznikami obejmującymi już prędkość światła także będą się fotografować na tle znaków przeszłości z naszych czasów. I czy podobnie jak teraz panuje moda na pamiątki PRL-u - kredki Pastele i torby z Pewex'u, za jakiś czas ktoś sobie przypomni o odtwarzaczach mp3 oraz aparatach z tak śmiesznym już 3 krotnym zoomem.
Pamiętam jak w szkole podstawowej czytało się opowiadanie "Świat za sto lat", gdzie wyobrażenia dzieci sięgały codziennych wycieczek w kosmos i wiatraczków przymocowanych na plecach ludzi, by mogli latać. Na razie chyba nie zanosi się na spełnienie któregokolwiek z marzeń. Zresztą chyba postęp, dla współczesnych mu świadków, jest czymś naturalnym, czymś czemu przyglądamy się w zwolnionym kadrze. Dopiero z perspektywy czasu ocenia się dane zjawisko jako krok milowy, coś co jest albo przyczyną albo skutkiem albo jednym i drugim techniki.
Lokomobila wkrótce wróci, tam gdzie jej miejsce - do muzeum, gdzie powolną śmiercią, dawkowaną jak kroplówka, będzie się oddalać z naszej pamięci, by wkrótce zniknąć na zawsze.

czwartek, 21 maja 2009

Edi

Pracowałam kiedyś przy rozdawaniu bezpłatnej gazety. Stojąc codziennie w tym samym miejscu przez kilka miesięcy, zdążyłam poznać wielu ludzi, którzy o tej samej porze dokądś zmierzali. Pani z kokiem na spacer z jamnikiem, inna pani na ten sam autobus i znów spóźniona, pan na rowerze na działkę. Ten zawsze punktualnie o dziewiątej przejeżdżał obok mnie, wyrywając z ręki jedną z ostatnich gazet. Nadawałam im w myślach nazwy, odpowiadające jakimś wyrazistym cechom bądź wyglądu, bądź zachowania. Zatem kobieta z kokiem była Marylą, gdyż do złudzenia przypominała Marylę Cuthbert z "Ani z Zielonego Wzgórza", jąkający się, wysoki brunet został ochrzczony "Goofy". Każdego dnia, tuż po siódmej, mijał mnie obojętnie oberwany człowiek z dużym wózkiem. Zwykle mieścił on makulaturę, puszki, butelki, bardzo rzadko przedmioty użytkowe większych gabarytów. Zapewne taka lodówka, czy telewizor odnaleziony na śmietniku to uczta po długim czasie głodówki, "sekunda karnawału w środku postu", jakby to określił Świetlicki. Nie wiem dokąd zmierzał, ale zawsze zatrzymywał się w pobliskiej Biedronce, gdzie kupował dwa piwa "V.I.P.", by potem, już spokojniej, oddalić się ze swoim dobytkiem i chyboczącą się reklamówką w, pewnie znajomą, perspektywę dnia.
Kiedyś nie przyszedł. Zastanowiło mnie to, bo brak jakiejkolwiek osoby w ustalonym porządku przykuwał moją uwagę. W taki sposób domyślałam się chorób, urlopów, nieszczęśliwych wypadków. Czasami wątpliwości się rozwiewały po kliku dniach, bo Ci zagubieni w końcu kiedyś wracali i opowiadali utraconą historię. Ta zagadka rozwikłała się już po kilku godzinach. Ów człowiek przyszedł do mnie specjalnie, bez wózka, bez alkoholu nawet bez zamiaru wzięcia, zwykle bezużytecznego dla niego, magazynu. Pierwszy raz szczęśliwy, inny. Nagle wyciągnął zza poszarpanej kurtki małą jaskółkę. "Wypadła z gniazda, to zabrałem. Ona sama, ja sam, to sobie musimy pomagać, nie?"i nie czekając na odpowiedź odszedł. Nigdy więcej go nie widziałam.
Nie wiem, czy to zdarzenie zmieniło jego życie, na pewno zmieniło moje. Każdy przecież czeka na chociaż jeden wygrany dzień. Edi wygrał nie przechodząc obojętnie wobec tragedii samotności skazującej na śmierć. Kto wie, może w tej jaskółce zobaczył siebie.

poniedziałek, 18 maja 2009

Drzewo


Stara wiśnia. Rosła za oknem Dziadków, w niewielkim ogrodzie przyklejonym do przedwojennej kamienicy. Ogród musiał wystarczyć w zamian za, pozostawione na wołyńskiej i podolskiej ziemi, domy z niekończącymi się polami, wybiegającymi radośnie ku horyzontowi.
Potrafiłam wpatrywać się w nią godzinami, latem gdy zasłaniała swoimi gałęziami całe pole widzenia, wyciągając się dumnie ku słońcu oraz potem, gdy spłoszona i naga chyliła się pod ciężarem jeszcze mroźnych zim.
Nieodłącznie kojarzyła mi się z dzieciństwem, przez to, że była zawsze, ale także właśnie na nią wspinałam się po raz pierwszy, aby dosięgnąć najdojrzalszych owoców, uciekając przed nadopiekuńczym wzrokiem Dziadka. To na jej pniu Dziadek zawiesił pierwszy drewniany domek, w którym zamieszkały szpaki. Parę miesięcy później już sama przyczepiałam do kory słoninę dla sikorek, by następnie szybko biec do domu i czekać za firanką na skrzydlatych biesiadników.
To właśnie od tego drzewa rozpoczęła się moja nauka przyrody, nauka, która potem rozlała się szeroką plamą obejmując działkę, parki, by sięgnąć w końcu górskich szczytów.
Kilka lat temu wiśnię ścięto. Odsłoniła się wówczas sąsiednia kamienica, tory kolejowe w oddali oraz mała altanka, w której mieściły się tylko narzędzia. Zamknięty dotąd w zielonej klatce świat wypuścił się zachłannie i rozpanoszył, tak, że framuga okna już go nie obejmowała. W odkrytym bogactwie brakowało mi tylko mojej pamięci tych miejsc. W medycynie nazywają to bólem fantomowym, ból pustego miejsca, odciętej kończyny, która przecież zostaje w nas na zawsze.

niedziela, 17 maja 2009

Z notatek odnalezionych - P. (04.2006.)

Na początku było słowo. Od kiedy jednak słowo zaczęło się obracać i przybrało kształt litery P. nic już nie było jasne. P. był zasadą, równaniem matematycznym o możliwie największej liczbie rozwiązań, przy czym jedno rozwiązanie zaprzeczało drugiemu, a to drugie - kolejnym. Stąd też P. budził sprzeczne uczucia od gniewu i bezsilności, po najsilniejsze- nieustannego powrotu.
Przesłanek było niewiele - dyplom z Hemara, kilka akordów Watersa, "Imagine" Lennona płynące z komórki marki Siemens i ta cholerna szczegółowość historii. Pewnego dnia P. przybrał postać strzykwy (Holothuria edulis rote), która pękła w swej naturze dokładnie w połowie. Rozpadł się zatem na formę i ulotność, i każda w swoją stronę pragnęła uciekać i w końcu pozostawała niewzruszona.Treścią P. było bowiem unicestwianie i odnajdywanie, zbieżność przeciwstawienia, stąd każdy początek był od razu wynikiem, a każdy wynik-nieprawdziwym. P. doświadczał siebie przez innych i nie był w tym odosobniony,ale nie wiedział,że im więcej odnajdzie swojego,nawet w przypadkowych ludziach,zdarzeniach,tym łatwiej ucieknie przed formą. Nie, nieprawda,że nie wiedział, wiedział dobrze, ale nie pamiętał siebie w innych,ba, nawet nie pamiętał siebie w sobie,czasami tylko jakiś dźwięk,litery układające się w słowo Vonnegut,nawet całe zdania i wtedy nawet on wpadał w zastawioną przez siebie pułapkę wiecznego powrotu.
Przy-bycie P. wprowadziło zamęt w słowach, znaczenia zaczęły się rozrastać,otwierać na inne wymiary,łamały się wbrew wszelkim zasadom, zresztą P. zburzył wszystkie zasady.
Na końcu też będzie słowo.

sobota, 16 maja 2009

Dziadkowie

Czy istnieli naprawdę? Trzy lata temu wiatr ich zdmuchnął jak świece. Jedną po drugiej.
Dziadek był po prostu dobry. Taki przykład dobroci milczącej, która niewiele mówi, ale docenia się ją jak wyda plon, choć pamięć ziarna już w nas przepadła. Odkąd pamiętam świat Dziadka był ściśle poukładany-te same sklepy, odwiedzane codziennie w niezmiennej kolejności, prenumerowane od lat gazety, listy bezpiecznie dochodziły do adresatów tylko z jednej poczty. Wraz z poukładaniem współistniała jakaś przedziwna zgoda na świat we wszystkich jego przejawach, także tych najokrutniejszych. Nawet z wojny i zesłania na roboty do Niemiec Dziadek przywiózł tylko dobre wspomnienia, jak chociażby opowieść o dwóch koniach, które podczas burzy w szczerym polu zakleszczyły się tak, aby Dziadek mógł się pod nimi schronić. Złe chwile pewnie powracały do niego jak na przykład ścinał swoje ukochane pelargonie albo oglądał Teleexpress, ale równie szybko musiała odganiać je inna myśl, inne zajęcie. Była w Dziadku bowiem jakaś intensywność życia, wypełnienie dnia do ostatniej minuty, które sprawiało wrażenie ucieczki, może nawet świadomej, przed śmiercią. Złudzeniem, że zajętego człowieka śmierć nie może dotyczyć, bo ciągle jest coś do zrobienia, jakże przecież umrzeć w pół ścinania drzewa, w pół zmęczenia. To nieludzkie. Okazało się jednak, że Boskie jak najbardziej. Kiedy dowiedział się o wyroku, uczepił się życia jeszcze mocniej, licząc, że jeśli zapomni o tym, to wyrok też nie zapadnie. Po raz kolejny się pomylił, ale żył najdłużej jak można było, kilka razy też wymknął się w życie, na złość lekarzom, pochylającym się z zegarkiem nad łóżkiem szpitalnym.
Babcia z pewnością była tą cierpiącą. Tam gdzie są dwie schorowane osoby, ktoś musi być silniejszy i przejąć pozycję zdrowego. Tym silniejszym został Dziadek. Kiedy świat Babci zamknął się w granicach pokoju z telewizorem i oknem na sąsiednią kamienicę i fragment nieba, Dziadek zrozumiał jakim jest szczęściarzem mogąc codziennie rano o własnych siłach wychodzić po bułki i tę odkładaną co dzień Trybunę.
W Babci do końca dni żyła pamięć wojny, która nieodmiennie przywoływała stratę rodziców, podróż podłym wagonem na Syberię, mróz oraz brukiew, której organizm mimo głodu potem już nie przyjmował. Słyszałam poszczególne historie po kilka razy, ale za każdym pojawiało się to samo niedowierzanie, że osoba siedząca naprzeciwko mogła tyle przejść, a dzisiaj żyć jak inni z tylko swoją, osobną tragedią, ukrytą bardzo głęboko.
Im Babcia była starsza tym częściej powracało do Niej dzieciństwo. Znów była blisko rodziców, których jeszcze nie dosięgło wygnanie i mogła swobodnie biegać po wciąż nie nabrzmiałym wojną polu. Zawsze się uśmiechała na wspomnienie ukrytej w łóżku kotki czy pieczonej w ognisku kradzionej kukurydzy. Jej pamięć zataczała coraz to węższe kręgi, tak aby pod sam koniec drogi zmieścić się w drewnianym domku na końcu podolskiej wsi.
Wszystko, co we mnie najcenniejsze zawdzięczam właśnie Im. Mam im za złe tylko jedno, że podczas każdej wizyty dawali mi pieniądze. Były to drobne sumy, symboliczne, ale we mnie jako w dziecku ten gest wyrobił odruch Pawłowa, tak, że podświadomie liczyłam na nagrodę za obecność. Z wiekiem byłam coraz bardziej świadoma popełnionego wobec mnie błędu, ale nadal nie umiałam oddzielić tych dwóch spraw. Oddzieliłam dopiero po śmierci Dziadków, kiedy to pieniądze nie były mi potrzebne, a Oni tak. To jednak za wysoka cena za moją zachłanność, a może właśnie odpowiednia, jeśli to najgorsze z przewinień.

środa, 13 maja 2009

J.

J. był ze mną w jednym z najtrudniejszych momentów życia. Gdybym teraz miała wskazać, z kim byłam najbliżej przyjaźni to byłby to J.
Przyznaję, że trudno mi się odnaleźć w skrajnych relacjach towarzyskich, takich jak przyjaźń czy miłość. A to dlatego, że nigdy nie angażuję się do końca. Chyba nie umiałabym się całkowicie otworzyć przed drugą osobą, chociaż może teraz byłoby mi znacznie łatwiej niż kiedyś. Właśnie teraz, kiedy na wiele spraw mam inne spojrzenie, kiedy już trochę za mną. Wróżka powiedziała mi swego czasu, że nie mam przyjaciół na własne życzenie, bo tak naprawdę ich nie potrzebuję. Myślę, że potrzebuję, tylko nie bardzo umiem sobie znaleźć miejsce w takim układzie. Na pewno niezbędnym dla mnie jest pewien margines życia tylko dla siebie, resztę mogą zabrać inni.
Z pewnością przyjaźń ocenia się z perspektywy czasu. I nie ma znaczenia ile trwa, jak często się spotyka z daną osobą, ale czasami właśnie decyduje jedna sytuacja, jeden moment, kiedy człowiek się orientuje, że ma kogoś, na kogo może liczyć i co najważniejsze, że ta osoba była, chociaż raz, najbliżej w sensie współodczuwania.
Z J. dobraliśmy się idealnie, dwoje rozbitków płynących pod wiatr, kompletnie nie umiejących ułożyć sobie życia, ale jednocześnie potrafiących się cieszyć tym, co mają, nawet jeśli tego jest niewiele. Postawą tej znajomości zawsze była szczera rozmowa i zrozumienie, ale to chyba banalna prawda. Ale kiedy weźmie się pod uwagę chociażby roczne przerwy, to już nabiera innego wymiaru. Od bliskich ludzi chyba oczekuje się jednego-aby się nie zmieniali, stąd nawet długie nie-widzenie sprawia, że rozmowa płynie jakby ostatnie spotkanie miało miejsce wczoraj.
I jeśli ktoś powie, że miedzy kobietą a mężczyzną nie może istnieć poza erotyczny związek, to pierwsza zaprotestuję, bo może. I jest.