Obraz: Stefan Centomirski Sybirak, Milczenie.
wszelkie skojarzenia - zdarzeń, miejsc, osób - z rzeczywistymi, są jak najbardziej uzasadnione
piątek, 11 grudnia 2009
N I C
Obraz: Stefan Centomirski Sybirak, Milczenie.
czwartek, 10 grudnia 2009
Ona III
GZ
Obudziła się za wcześnie
O świt
Noc łopotała pod powiekami
Gdy je rozsunęła
Noc też tam była
Tak jak i w przypadkowym uśmiechu
Biegnącym pospiesznie w jej stronę
Prezencie danym tylko bez okazji
Wietrze który szalem spłynął na ramiona
Bez pozwolenia
Noc dała pewność że nie zdarzy sie nic więcej
I prawo jazdy po Rondzie Es-dur
Chopina
Już późno
Zdjęła więc z firanki półksiężyc
Powiesiła na twarzy
Tak
Teraz może już iść
Przebrana za jutrzenkę
Nie do poznania
Obudziła się za wcześnie
O świt
Noc łopotała pod powiekami
Gdy je rozsunęła
Noc też tam była
Tak jak i w przypadkowym uśmiechu
Biegnącym pospiesznie w jej stronę
Prezencie danym tylko bez okazji
Wietrze który szalem spłynął na ramiona
Bez pozwolenia
Noc dała pewność że nie zdarzy sie nic więcej
I prawo jazdy po Rondzie Es-dur
Chopina
Już późno
Zdjęła więc z firanki półksiężyc
Powiesiła na twarzy
Tak
Teraz może już iść
Przebrana za jutrzenkę
Nie do poznania
niedziela, 6 grudnia 2009
Oko pszczoły
Poranek przymarznięty do szyb samochodów
Parapety z waty cukrowej
Oczy dziecka podążające za srebrną kredką
Na portfolio okna
Przechodnie pochowani w kołnierzach ulicy
Między drzewami szczelnie dopiętymi
Na ostatni guzik grudnia
Maluchy o rumianych tężejącym słońcem policzkach
Zwijają płatki w ciepły dywan języka
By już nie uciekły
Wieża na wybiegu wzwyż
Gubi leniwe minuty
Zapowiadając przedwcześnie obudzony
Zmierzch
Zima
fot. Ralph Grimm (www.dziennik.pl)
czwartek, 3 grudnia 2009
Niewygoda
Jak liść
Którego nerwy rozpycha powietrze do granic
Spadochronu
Gościńcem nieba
Kołysząc się w dół
Tak bardzo pragnie wrócić do siebie
Zatoczyć koło jak słój pamięci
Którego jeszcze przed chwilą był częścią
A przecież nie zdążył przepisać na czysto
Morału
I nawet nie dostrzegł że stali się
Jednym
Ze wspólnym krwiobiegiem
Opadłego spokoju lądowania
I zaklętym w pergamin
Było
Którego nerwy rozpycha powietrze do granic
Spadochronu
Gościńcem nieba
Kołysząc się w dół
Tak bardzo pragnie wrócić do siebie
Zatoczyć koło jak słój pamięci
Którego jeszcze przed chwilą był częścią
A przecież nie zdążył przepisać na czysto
Morału
I nawet nie dostrzegł że stali się
Jednym
Ze wspólnym krwiobiegiem
Opadłego spokoju lądowania
I zaklętym w pergamin
Było
poniedziałek, 30 listopada 2009
Elfy
Zjawiają się przypadkiem. Nie ma w nich lasu, raczej nostalgia głębokich jezior. Do złudzenia przypominają ludzi, chociaż nigdy nimi nie są. Jest w nich ucieczka lamparta i strach polnej myszy, dlatego rzadko bywają blisko. Idą szybko, można ich nie zauważyć, ale wtedy zgubisz nie tylko siebie. Częściej przynoszą w darze porwany sen, niż szczęście. Szczęściu nie ufają, bo oślepia nawet niewidomego. Dlatego właśnie chodzą ze spuszczoną głową. Nie mają skrzydeł ani zapachu, chociaż go rozsiewają. Ich skóra nie przyjmuje niczego poza samą sobą, przez co dryfująca na powierzchni woń późnych wrzosów, czy imbirowego ciasta, daje się we znaki tym bardziej. Jeśli poczujesz na twarzy chłodną woń jedwabiu, właśnie się z nimi minąłeś. To ci wystarczy, by podjąć decyzję o powrocie. Odtąd już zawsze będziesz zmierzał właściwym szlakiem, pomiędzy rozstąpionymi nawałnicami.
Obraz: Nils Bloomer
Obraz: Nils Bloomer
sobota, 28 listopada 2009
Dwie pomarańcze
Król się rodził
Na odludnym ołtarzu górskiego kościółka
Kolorowe postacie
Cesarskim cięciem scyzoryka
Zaludniły zimowy wieczór
Tuż za oknem
Wtulając dłonie w chustę
Szecherezada odchodziła w tę jedną noc
Domkniętej opowieści
Nikt nie zauważył że stało się już
Na szklanym ekranie nie tańczyła
Pierwsza gwiazdka
Więc starym zwyczajem zadzieraliśmy głowy
Oddechami rozhuśtując firankę
Wtedy ojciec przyniósł dwie pomarańcze
Dla niego Bóg się rodził
Już czterdzieści razy
Mimo to biegł
- To dla dzieci - powiedział
Zabawki w tym roku rosły za
Wysoko
Matka zdjęła z choinki
Całodniowe zniecierpliwienie
I zaprosiła do stołu
Dwie pomarańcze
Zza szyby przedwojennego sekretarzyka
"Mirra"
Rozrzedzały półmrok
Soczystym zapachem Tajemnicy
środa, 25 listopada 2009
Kamyk
Miała niebieskie podkolanówki
I bardzo chude ręce
Podnosiła mnie do słońca i patrzyła
Jakby promień przeszywał wnętrze
Rozświetlając wszystkie korytarze
Z których każdy prowadzi do celu
Teraz dziewczynka
Z dopowiedzianą twarzą staruszki
Pewnie jest po mojej stronie
Najdotkliwszą jest pamięć rzeki
O suchych kroplach
Dotyk jej skóry jak usta spragnionego
Szorstki i zachłanny
Jest też pamięć podeszwy
Skórzanego sandała
I mokasynów Gucci
Tak daleka od muśnięcia łapy psa
Która biegnie bo ma dokąd
Degustacja świata wypada marnie
Przypomina gumę do żucia z przyklejoną do blatu biurka
Wyblakłą historią
Tylko ta pamięć
Krótka jak osobność włókien
Nim nazwą je dywanem
Tutaj wszystko zgodnie z planem
Nawet zmarszczki
Którymi kiedyś przechadzał się deszcz
fot. www.nationalgeographic.pl
poniedziałek, 23 listopada 2009
Piekło
Tak więc nie było tam ognia
Jak wszyscy myśleli
Szatkującego przestrzeń
Na kręgi
Nie było grzeszników
Ani świętych
Pokutujących za niewinność
Nawet tamtejsza rzeka
To nic więcej jak rzeka
Pytasz zatem co było
Zwykłe popołudnie
Winogrona dojrzewały za oknem
W roztopionym maśle grzęzła mucha
Pamiętam też że rozciąłem sobie palec
O jeszcze tępy nóż
-Naostrz go - powiedziała przed wyjściem
Potem był telefon
I garść ziemi
W której musiałem zmieścić
To czego nie zdążyłem dać inaczej
Ścieżka też była zwykła
Skrojona na miarę
Zwężona do jednych ramion
I pomniejszona o jutro
Jak wszyscy myśleli
Szatkującego przestrzeń
Na kręgi
Nie było grzeszników
Ani świętych
Pokutujących za niewinność
Nawet tamtejsza rzeka
To nic więcej jak rzeka
Pytasz zatem co było
Zwykłe popołudnie
Winogrona dojrzewały za oknem
W roztopionym maśle grzęzła mucha
Pamiętam też że rozciąłem sobie palec
O jeszcze tępy nóż
-Naostrz go - powiedziała przed wyjściem
Potem był telefon
I garść ziemi
W której musiałem zmieścić
To czego nie zdążyłem dać inaczej
Ścieżka też była zwykła
Skrojona na miarę
Zwężona do jednych ramion
I pomniejszona o jutro
niedziela, 22 listopada 2009
Odnalezione...
Właśnie znalazłam swoje wiersze z liceum. Sama jestem zdziwiona jak długo nie pisałam - dziewięć lat. Jak widać, można bez tego żyć, ale prawda jest taka, że jak się człowiek od czegoś odwróci, to potem trudno zacząć od nowa.
Wiersze różne, przeważnie naszpikowane tym, czego poezja nie lubi czyli wielkimi słowami (bo tak najłatwiej napisać "cierpienie", a nie opisać w taki sposób, żeby to cierpienie ukazać i jeszcze całkiem inaczej niż opisywano dotąd) i potwornym smutkiem. Naprawdę nie znalazłam ani jednego optymistycznego utworu...Natomiast po głębszej refleksji, doszłam do wniosku, że zmieniło się tak naprawdę niewiele - teraz nie datuję tego, co piszę i używam wielkich liter, poza tym cała ta wrażliwość...wciąż ta sama.
Zamieszczam tu dwa teksty, obydwa z roku 1997.
***
Agnieszce Osieckiej
Agnieszko, jak widzisz, miewamy się dobrze.
Świat dookoła tylko woła: brać!
Ludzie z dnia na dzień są coraz młodsi,
dzięki liftingom z witaminą A.
Wciąż nowe twarze i miejsca na mapach,
granice zwęża i rozszerza czas.
Rosną liście, opadają liście w sadach,
a naszej pamięci znów ubyło lat.
Zwykłe szczęście lata nisko i niżej,
niczym ugodzony w skrzydło rajski ptak.
My naprzeciw - coraz szybciej i bliżej,
spod nóg podnosimy zakurzony wrak.
Agnieszko, my teraz szybciej żyjemy,
a głosy nasze to nic więcej niż szept.
Jak w bajce wesołe i szatnie i sceny
I to wino co w barze przemienia się w krew.
To nic, że niedługo dopalą się gwiazdy
i zdejmą nas z warty w najpiękniejszym z dni.
My świat przepływamy bez prawa jazdy,
tylko za zakrętem nie czeka już nikt.
***
kiedyś
poeci mieli wełniste obłoki
szeroko rozpięte skrzydła
i narody które mieściły się
w zaciśniętej dłoni
w pofałdowanych kołnierzach
dobrze skrojonych frakach
cierpieli za miliony
pochylając się nad słabo oświetlonym
biurkiem
poeta współczesny
to ten który
w pomiętych spodniach
przechodzi pospiesznie przez ulicę
w bramie zapala papierosa
szukając po kieszeniach
synonimu słowa
świat
na własność posiada jedynie
codzienny skurcz serca
i słowo trzymające się jeszcze
końca języka
piątek, 20 listopada 2009
Partytura ulicy
Markowi, w podziękowaniu za inspirację
Gdybyś tylko widział ciszej
Nawet po gazetę
Nigdy nie idziesz sam
Kobieta w piekarni na rogu zmiata z lady okruchy
Oczekiwania
Klucz jaskółek opada na pięciolinię
Batuta szlabanu ucisza roztańczone niebo
Zaczyna się koncert
Uwertura asfaltu nawijanego na koło
Kwintowe
Solo alarmu ćwierćnutującego wiatr
I Beethoven marki Siemens
Zabłąkany Bemol sąsiadów
Rozszczekuje świt
Tylko dlatego że nadszedł
Jeszcze złączone liście
W sennym nokturnie przeczuwają podróż
Z bagażem wiązki nerwów
Opadają na spóźnione ramię czerwonego płaszcza
Za którym za chwilę zamkną się drzwi
Oczywistego celu linii nr 15
Partytura ulicy
Fragmentarycznie doskonała
Jak miniatury Ravela
Unoszące się nad filiżanką porannej
Nieuwagi
Fot. immbir (http://immbir.digart.pl)
Gdybyś tylko widział ciszej
Nawet po gazetę
Nigdy nie idziesz sam
Kobieta w piekarni na rogu zmiata z lady okruchy
Oczekiwania
Klucz jaskółek opada na pięciolinię
Batuta szlabanu ucisza roztańczone niebo
Zaczyna się koncert
Uwertura asfaltu nawijanego na koło
Kwintowe
Solo alarmu ćwierćnutującego wiatr
I Beethoven marki Siemens
Zabłąkany Bemol sąsiadów
Rozszczekuje świt
Tylko dlatego że nadszedł
Jeszcze złączone liście
W sennym nokturnie przeczuwają podróż
Z bagażem wiązki nerwów
Opadają na spóźnione ramię czerwonego płaszcza
Za którym za chwilę zamkną się drzwi
Oczywistego celu linii nr 15
Partytura ulicy
Fragmentarycznie doskonała
Jak miniatury Ravela
Unoszące się nad filiżanką porannej
Nieuwagi
Fot. immbir (http://immbir.digart.pl)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






