piątek, 16 października 2009

Pan Zet


Był znajomym mojego Dziadka, mieli obok siebie działki. Takie luźnie koleżeństwo, ograniczające się do rad na temat mszyc, szczepienia drzewek, podcinania gałęzi. Czasami obdarowywali siebie zbiorami, które obrodziły za bardzo i jakoś trzeba było temu zaradzić. Ja pamiętam go jako zaniedbanego, mocno opalonego, starszego pana, który często popijał owocowe wino pod  którymś z rozłożystych drzew. Kiedyś wydawało mi się, że tak wygląda człowiek szczęśliwy, dziś wiem, że tak wyglądał człowiek samotny. Lubiłam go, zwykle moje odwiedziny u Dziadka kończyły się także drobnym prezentem od niego, w postaci papierowej torebki pełnej wiśni, czy kilku gruszek. Ale to było dawno, potem człowiek nagle zniknął. Jego i tak mało wypielęgnowaną działkę, porosły chwasty i wszystko powoli zaczęło obumierać. Do mnie doszła wiadomość, że Pan Zet nie żyje, ale nikt nie wiedział tego na pewno, bo nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Posługiwano się pseudonimem, który człowiek przywiózł ze sobą chyba jeszcze z  wojska, jako jedyną pamiątkę i cały dobytek.
I właśnie wczoraj zobaczyłam go na ulicy. W niczym nie przypominał tego wyprostowanego, krzepkiego człowieka, jakim go zapamiętałam. Zgarbiony, stawiał kroczek za kroczkiem jakby bawił się w dziecinną zabawę i odmierzał stopami odległość, jaką pokonuje. Przed sobą pchał wózek, który jednocześnie służył mu za oparcie. Tym razem ubrany był schludnie, nawet porządnie, ale sądzę, iż zamieniłby ten wygląd na chwilę beztroski pod ukochanym drzewem. To spotkanie mnie ucieszyło, bo nic bardziej nie zaskakuje niż śmierć, która jest tylko plotką. Jednocześnie jednak uświadomiłam sobie, że pokolenie moich Dziadków odchodzi na dobre; ludzie słabną, bledną, aż w końcu znikają zupełnie. Za chwilę jedynie zasłyszane wspomnienie wojny, zapach naftaliny, czy smuga "Warsa" po goleniu w autobusie przypomni, że jednak byli i to spojrzenie wstecz zaboli tak samo, jak zapewne Pana Zet świadomość, że już nigdy nie przejdzie się alejką pośród wiosenniejącego bzu.

6 komentarzy:

Holden Caulfield pisze...

przemijanie, ale nie ulotność!!!

Anonimowy pisze...

Piękne wspomnienie.
Mi "Wars również przypomina o Tym, który odszedł tak nagle i tak zupełnie. Choć może jeszcze nie całkiem zupełnie, bo wciąż o Nim pamiętam.
W moim sercu jest tak samo ważny jakim zawsze był - najważniejszy. Na szczęście jeszcze istnieje after shave "Wars" w kolorze błękitnym, jak oczy mojego Taty.

Pozdrawiam deszczowo.
W.

Małgorzata pisze...

Niestety Holden - ludzie bez imienia ulatują, po prostu, a szkoda...
W. - zapraszam!

Latarnik pisze...

Ludzie bezimienni, ale i Ci z imionami także. Niedawno przyjaciel powiedział mi coś takiego: "Przekroczyłem 40-tkę i jestem świadkiem odchodzenia rodziców, ich znajomych, sąsiadów..."
Przemijanie jest nieuchronne, każdy o tym wie, ale to i tak zawsze boli.

czarodziejka pisze...

Pięknie piszesz, zdecydowanie.
Lekko, przejrzyscie i do tego bardzo obrazowo :)))

Małgorzata pisze...

Czarodziejko - dziękuję i zapraszam!