sobota, 31 października 2009

Halloween


-Daj cukierka
 Umorusany chłopczyk w masce
 Ciągnie mnie za rękaw
-Daj
 Za duszę
 Babci

 Babcia w kostiumie biedronki
 Przechadza się po parapecie

 Głodne oczy chłopca
 Jak dwa obole
 Błąkające się po pokoju

piątek, 30 października 2009

Blog


Literatura szybkiej obsługi
Kanapka zwierzeń
Wersyfikacyjne dodatki
Czasami niespodzianka
W chińskim ciasteczku szczęścia
Na deser
Surowy osąd na ostro
zapijany Eliotem
Okienko na świat
Czynne całodobowo

środa, 28 października 2009

Pamięć skóry


Można czytać i tak
Błądząc palcami między wzgórzami liter
Jakby zdobywając alfabet Braile'a
A przecież wzrok sokoli
Tylko ta czułość rąk
Obejmujących słowa
Jak filiżankę Rosenthala
By móc uwierzyć trzeba dotknąć
Pamięć skóry koncentrycznie śmiała
Jak kamień podróżujący w głąb jeziora

wtorek, 27 października 2009

"Sefer"


Tym razem będzie o powieści Ewy Lipskiej. Do przeczytania zachęciły mnie, przekornie, mało pochlebne recenzje tej książki oraz spokój poetki podczas dyskusji, który jednoznacznie wskazywał na świadomość napisania wartościowej książki. Nie wiem na ile takie odczucie sprawdza się w przypadku wypuszczonych spod własnego pióra zdań, bo z pewnością daleko mu do obiektywizmu, ale zwykle jesteśmy w stanie przecież na siebie spojrzeć krytycznie.
Szczerze to zamieszanie wokół Sefera przypomina mi premierę filmu Źródło Aronofskiego i zalew niepochlebnych recenzji bez wgłebienia się w istotę obrazu, który w rzeczywistości jest genialny.
Raczej nie piszę o książkach, bo jestem zdania, że książki trzeba czytać przede wszystkim, ale tej akurat należy poświęcić chwilę, a może nawet więcej.
Sefer mnie urzekł. Biorąc pod uwagę, że autorka jest poetką i to w dodatku niezłą poetką, nie spodziewałam się w żadnym wypadku klasycznej fabuły, która bądź co bądź powinna gdzieś czytelnika doprowadzić. Tutaj wszystko jest fragmentaryczne, porwane, niekompletne. Tak jak czysty proces myślowy każdego człowieka, którego rejestracją jest właśnie ta powieść. Nikt z nas nie ma w głowie poukładanych szufladek, często myśli się przenikają, gonią, przepychają i Lipska próbuje za tym chaosem nadążyć i jeszcze go zapisać. Z bardzo dobrym skutkiem, jak sądzę. Widzę w tej powieści Joyce'owski strumień świadomości oraz schulzowską kompozycję szkatułkową, gdzie jedno skojarzenie pociąga za sobą kolejne, co w konsekwencji tworzy ciąg zdarzeń, walcujących w czasie i odkrywających istotę bohatera.
A główny bohater - Sefer - nie ma twarzy. Czyli jest każdym - mną, Tobą, kawałkiem jego. Na okładce powabny melonik osadza się na barczystych ramionach. W postać wpisane są: fajka, kieliszek, ptak i klucz. Te dwa pierwsze elementy to przyjemność i uspokojenie; ptak - coś co uskrzydla...Sefera uskrzydlają słowa, to na pewno, poza tym ludzie, którzy są jego papierkiem lakmusowym i dzięki którym możemy go poznać. Jest też klucz, do szyfru, który każdy musi znaleźć sam. I jest pewność, że takowy szyfr istnieje, co podkreśla jedna z uczestniczek rozmowy. Sefer to przecież też księga, którą każdy z nas jest. I być może właśnie dlatego cztery najważniejsze elementy zostały wyryte na torsie postaci, niczym dekalog na kamiennych tablicach.
Oczywiście jest też tło - Wiedeń i Kraków zdegradowany z magicznego do zwykłego miasta, poprzez uwypuklenie krzywych chodników czy przecenionych zajączków na wystawie Rosenthala, zamiast chociażby ekskluzywnej zastawy.  I dobrze, bo każde miasto ma swoją ciemną stronę. Zapewne porównanie do Ulicy Krokodyli, jest tutaj nadużyciem, ale wędrówka bohatera od razu nasunęła mi to skojarzenie. Ale już sama podróż w głąb miasta i samego siebie - istnie schulzowska.
Dla mnie Sefer, to powieść frazowana, której siłą jest poezja, a ramą proza. Kompromis, którego poszukiwał Miłosz, tutaj się odnalazł i rozgościł. I tylko w takiej formie genialne sformułowania jak: Trudno w miejscu gdzie nie ma słów, stworzyć zdanie; czy rozmowa na poczcie: - Nie nudzi pani ta praca - zapytał listonosz, - Nie, dlaczego? Codziennie przecież inna data - mają rację bytu. Na pewno nie da się wobec tej pozycji przejść obojętnie, we mnie nadal ona dojrzewa, jak każde poetyckie spojrzenie Ewy Lipskiej na to co już znane, a przecież wciąż nie dopowiedziane.

niedziela, 25 października 2009

Inna Dziewczyna Bez Zapałek (część szósta)


No to miała towarzysza. Teraz musiała się przyzwyczaić do nocnego drapania w drzwi i zamykania się w sypialni na czas snu. Tej pierwszej nocy, kiedy kot wślizgnął się do jej życia, zapomniała o dokładnym zaciśnięciu klamki i zanim się nie obejrzała, jej stopy otuliło coś miękkiego i ciepłego. Nie lubiła bliskości, na którą nie była wcześniej przygotowana i poczuła się obco we własnym łóżku. Zaniosła więc delikatnie usypiające zwierzątko na prowizoryczne posłanie w przedpokoju i wróciła, tym razem pamiętając o drzwiach. Długo nie mogła zanurzyć się w sen, noc kołysała się jak rozhuśtany dzwon, co chwilę szarpiąc ją za powieki. Wracał do niej nieustannie jeden obrazek z dzieciństwa, kiedy będąc wspólnie z rodzicami na działce ciotki, wybrała się na samotny spacer topniejącymi, pierwszymi oddechami wiosny, alejkami. Zaciągała się łagodnym już powietrzem, które pachniało świeżością. Do dzisiaj nie umie tego wytłumaczyć, ale tak pachnie tylko zapowiedź marca. I tak włócząc się bez celu, zobaczyła samotną altankę w opuszczonym ogródku. Sądząc po bujnej roślinności, która sięgała jej dziecięcych ramion, dawno nikt tutaj nie zaglądał. Podeszła do drewnianego domku i rękawiczką przetarła brudną szybę. W środku nie było nic szczególnego, jakieś narzędzia, bujany fotel, dziurawy słomkowy kapelusz. Ale kiedy tak błądziła wzrokiem po zaciemnionym pomieszczeniu, ujrzała coś dziwnego. Nad krzywą półką  z zakurzonymi słoikami siedziały biedronki, cale mnóstwo biedronek. Odeszła od szyby i spojrzała raz jeszcze, ale one nadal tam były. Nic jej się nie wydawało. Trzeba je wypuścić - szybko podjęła decyzję. Zaczęła zatem szarpać za klamkę, ale drzwi były dobrze zamknięte. Obeszła dokładnie cały domek, aby sprawdzić czy gdzieś nie ma wyjścia, poluzowanej deski, lub najlepiej - dziury...Znalazła - otwór był zasłonięty taczką wysypaną ziemią. Skuliła się jak najmocniej i przechodząc pod nią na kolanach, znalazła się w środku. Wnętrze nie zachęcało do pozostania na dłużej, było tam wilgotno i pachniało stęchlizną, tym bardziej poczuła, że musi uwolnić owady jak najszybciej. Otworzyła więc okno i zaczęła przeganiać rozbudzone biedronki. Część faktycznie uciekła natychmiast, a pozostałe za nic nie chciały oderwać się od ściany, może po prostu po tak długim zimowaniu stały się jej częścią. W każdym razie opuszczała altankę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Dzięki niej biedronki nie przegapiły tamtej wiosny, kto wie może nawet były jej za to wdzięczne.
A teraz ten kot...Otrzymała jakąś misję ratowania zbłądzonych stworzeń, chociaż wcale tego nie chciała. Cały czas ma wrażenie, że ktoś jej płata figle, stawiając na drodze istoty, będące lustrem, w którym przeglądając się widzi siebie najprawdziwszą z możliwych. Uśmiechnęła się na myśl, że historia z biedronkami mogłaby z powodzeniem stać się częścią filmu "Sztuczki", bo też wpisuje się w przypominanie świata, którego już nie ma. Tak samo jak trzymanie zaciśniętych kciuków w strugach deszczu, uwalnianie biedronek jest przecież niemodne...

piątek, 23 października 2009

Drugi człowiek


Aniołów nie ma
Jest drugi człowiek
Z drogą jak wstążką rzuconą pod wiatr

czwartek, 22 października 2009

Ona II



Nie byłaby dobrym szpiegiem
Jej nieobecność zawsze pełna śladów
Tak się nie znika tylko odchodzi
Powoli w skupieniu
Dbając o szczegóły
Jeszcze tylko rozsypać zapach na fotelu
Zapomnieć swetra
I odłożyć kubek w nie swoje miejsce
Fioletowy szal
Jak dmuchawiec na wietrze

poniedziałek, 19 października 2009

Afryka

(fot. National Geographic)

- W tobie płynie afrykańska krew- powiedziała mi kiedyś Magda.
- A to czemu? -zapytałam.
- Bo ty zawsze masz czas...
***
To prawda. Mam w sobie Afrykę. Ona we mnie pulsuje i dojrzewa. Mam w sobie smaganą zdyszanym wiatrem sawannę, głodne hieny przemierzające mile z instynktem na czubku języka, dzieci czepiające się turystów jak matek, których dawno nie widziały; chłodną noc i oparzone południe pozostawiające czerwone opatrunki na skórze...Mam brak wody i radość odnalezionego źródła. Mam wreszcie siebie, bo tam ja jestem najważniejsza.
***
W świecie fascynuje mnie wszystko, co pierwsze. Chłonę ludzi, którzy nie znają swojego odbicia i na zdjęciu pierwszy raz widzą siebie, i nie mogą uwierzyć, i nie wierzą. Tych, co z puszki po Coca-Coli robią naszyjnik, bo do czego innego mogłaby służyć? Ludzi, którym potrzebna jest jedynie świadomość dnia i nocy, bo czas jest zawsze, dla każdego, na wszystko. I jeśli tylko oprócz tej wiedzy mają śniadanie na jutro, są szczęśliwi i mówią o tym otwarcie. Chciałabym chociaż raz zanurzyć się w tej rzeczywistości i zobaczyć jak bardzo się różnimy i jak mocno można zapomnieć siebie, mimo rozpoznania w każdym napotkanym lustrze świata.
***
Dzisiaj zorientowałam się, iż posiadam też pierwiastek islandzki, bo wierzę w elfy i ta wiara mnie upoważnia do małej, prywatnej przynależności do kultury islandzkiej. A wierzę, nawet jak elfy same w siebie nie wierzą i pomimo ich niewiary we mnie.

piątek, 16 października 2009

Pan Zet


Był znajomym mojego Dziadka, mieli obok siebie działki. Takie luźnie koleżeństwo, ograniczające się do rad na temat mszyc, szczepienia drzewek, podcinania gałęzi. Czasami obdarowywali siebie zbiorami, które obrodziły za bardzo i jakoś trzeba było temu zaradzić. Ja pamiętam go jako zaniedbanego, mocno opalonego, starszego pana, który często popijał owocowe wino pod  którymś z rozłożystych drzew. Kiedyś wydawało mi się, że tak wygląda człowiek szczęśliwy, dziś wiem, że tak wyglądał człowiek samotny. Lubiłam go, zwykle moje odwiedziny u Dziadka kończyły się także drobnym prezentem od niego, w postaci papierowej torebki pełnej wiśni, czy kilku gruszek. Ale to było dawno, potem człowiek nagle zniknął. Jego i tak mało wypielęgnowaną działkę, porosły chwasty i wszystko powoli zaczęło obumierać. Do mnie doszła wiadomość, że Pan Zet nie żyje, ale nikt nie wiedział tego na pewno, bo nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska. Posługiwano się pseudonimem, który człowiek przywiózł ze sobą chyba jeszcze z  wojska, jako jedyną pamiątkę i cały dobytek.
I właśnie wczoraj zobaczyłam go na ulicy. W niczym nie przypominał tego wyprostowanego, krzepkiego człowieka, jakim go zapamiętałam. Zgarbiony, stawiał kroczek za kroczkiem jakby bawił się w dziecinną zabawę i odmierzał stopami odległość, jaką pokonuje. Przed sobą pchał wózek, który jednocześnie służył mu za oparcie. Tym razem ubrany był schludnie, nawet porządnie, ale sądzę, iż zamieniłby ten wygląd na chwilę beztroski pod ukochanym drzewem. To spotkanie mnie ucieszyło, bo nic bardziej nie zaskakuje niż śmierć, która jest tylko plotką. Jednocześnie jednak uświadomiłam sobie, że pokolenie moich Dziadków odchodzi na dobre; ludzie słabną, bledną, aż w końcu znikają zupełnie. Za chwilę jedynie zasłyszane wspomnienie wojny, zapach naftaliny, czy smuga "Warsa" po goleniu w autobusie przypomni, że jednak byli i to spojrzenie wstecz zaboli tak samo, jak zapewne Pana Zet świadomość, że już nigdy nie przejdzie się alejką pośród wiosenniejącego bzu.

Parasol


Trzymała się go z całych sił
Ale most wypuścił ją z objęć jak motyla
Który za długo gościł w dłoniach
Była już tylko ostatnią zbędną kroplą -
Zwiastunem słońca
Po burzy która już tylko wspomnieniem
Niebieski parasol
Jak żagiel na chmurnym morzu